Dzień, który nas pokonał (w najlepszym sensie). Kajaki i szczyt Hiorthfjellet/Adventtoppen

Śniadanie o 7:00 – proste, ale w sam raz, żeby nabrać sił przed tym, co nas czekało (a czekało nas dużo, o czym jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy). Wychodząc z hotelu, na samym końcu drogi minęliśmy kolejny charakterystyczny dla Svalbardu znak ostrzegawczy, ten sam motyw niedźwiedzia polarnego, który towarzyszy tu praktycznie na każdym kroku poza granicami samego miasteczka. Dobre przypomnienie tuż przed dniem, w którym mieliśmy spędzić większość czasu właśnie poza tą granicą.

O 8:00 podjechał po nas transport, a przywitał nas Bjørn – Norweg z uśmiechem od ucha do ucha i tym rodzajem spokoju, jaki mają chyba tylko ludzie, którzy na co dzień oswajają Arktykę. Bjørn, czyli dosłownie „niedźwiedź” po norwesku nomen omen, na wyjeździe, gdzie każdy marzy o spotkaniu prawdziwego.  

Na miejscu spotkaliśmy resztę ekipy, z którą mieliśmy spędzić cały dzień – parę z USA, parę z Danii i Tarmo, samotnego Estończyka. Krótki briefing, zakładanie suchych kombinezonów Typhoon i w drogę!  

Po wodzie płynęło się sprawnie. Moskonur kąpie się tuż przy kajakach, mnóstwo innych ptaków krążących nad nami. Trudno się skupić na wiosłowaniu, kiedy dookoła dzieje się tyle życia.  

Po dotarciu na brzeg przewodnik załadował broń (obowiązkowa procedura na wypadek spotkania z niedźwiedziem) i całą grupą ruszyliśmy w głąb lądu. Zgodnie z opisem czekało nas 900 metrów podejścia szlakiem, oznaczonym jako poziom trudności 5/5. Szybko się okazało, że ten opis to było niedopowiedzenie – to nie był „hike”, to była prawdziwa wspinaczka. Ściany pokryte luźnymi kamieniami, szukanie odpowiedniego oparcia dla stopy przy każdym kroku, strome podejście testujące nie tylko nogi, ale i nerwy.  

Na jednym z przystanków, łapiąc oddech, Tarmo opowiedział nam o swoim poprzednim dniu – właśnie wrócił z 4-dniowego spływu kajakowego ze spaniem w namiocie w okolicach Pyramiden, opuszczonej sowieckiej osady górniczej. Przy takiej historii nasza „wymagająca wyprawa” nagle wydała się o wiele skromniejsza.  

Na szczycie – zasłużony posiłek, częściowo w chmurach, bo widoczność akurat postanowiła nas trochę oszukać. Za to przy zejściu wyszło słońce, jakby specjalnie czekało, aż zdobędziemy górę. Po drodze kilka przystanków na renifery, które przyglądały się nam równie zaciekawione, co my im, plus więcej ptaków i chwil, żeby po prostu złapać oddech i popatrzeć na krajobraz.  

Po powrocie z kajaków – klasyk każdej takiej wyprawy: kąpiel w zatoce Isfjorden, prosto w kombinezonach kajakowych. Zimno i jednocześnie jeden z tych momentów, które zapamięta się na lata.  

Padliśmy do łóżek wykończeni, ale z tym rodzajem zmęczenia, które oznacza, że dzień był naprawdę dobry.