• Lądujemy na końcu świata – witaj, Svalbardzie!  

    Nasza podróż z Gdańska na Svalbard wcale nie była prostym szlakiem – to były trzy loty w jeden dzień: Gdańsk -Kopenhaga – Oslo i wreszcie Longyearbyen, najdalej na północ wysunięte stałe miasto świata. Kilka godzin w powietrzu, dwie przesiadki, i ten moment, kiedy z okna samolotu zaczęliśmy widzieć pierwsze ośnieżone szczyty i lodowce Spitsbergenu w oddali – choć sama ziemia pod nami, tam gdzie lądowaliśmy, była zupełnie bez śniegu, brązowo-szara tundra.  

    Pierwsze, co zobaczyliśmy po wyjściu z samolotu? Ten słynny znak przed lotniskiem – strzałki z odległościami do różnych zakątków świata (Biegun Północny bliżej niż Warszawa!) i oczywiście ostrzeżenie przed niedźwiedziami polarnymi. I to nie jest żaden żart dla turystów – dowiedzieliśmy się, że na całym Svalbardzie żyje więcej niedźwiedzi polarnych niż ludzi.  

    Przy okazji odkryliśmy też ciekawostkę o samej nazwie miasta – „Longyearbyen” wcale nie jest w całości norweskim słowem. To imię i nazwisko: John Munro Longyear, amerykański biznesmen, który w 1906 roku założył tu kopalnię węgla. „Byen” to po norwesku po prostu „miasto”, więc cała nazwa znaczy dosłownie „miasto Longyeara”.  

    Z lotniska złapaliśmy autobus prosto do Coal Miners’ Cabins, gdzie kiedyś mieszkali górnicy, a dziś nocują turyści. Zameldowaliśmy się ekspresowo i poszliśmy do jedynego sklepu spożywczego na całym Svalbardzie, który zamykał się o 19:00.  

    Zakupy zrobiliśmy dosłownie tuż przed zamknięciem (i od razu nauczyliśmy się, że płaci się tu wyłącznie kartą – na całym Svalbardzie nie ma ani jednego bankomatu!).  

    Po powrocie – szybki prysznic i prosto do łóżka, choć za oknem wciąż było jasno jak w środku dnia (słońce o tej porze roku wogóle nie zachodzi). Kolejnego dnia 8:00 czekała na nas najbardziej wymagająca wyprawa całego wyjazdu – ale o tym w kolejnym poście! 🚣‍♂️ 🏔️

  • Weekendowy wypad kamperem do Gdyni Oksywie: Ramen ze świeczkami na plaży i spacer do Rewy 🚐🍏

    Czy da się połączyć klimat wiejskiego sadu owocowego z szumem morskich fal? Okazuje się, że tak, i to w samej Gdyni! W sierpniu zdecydowaliśmy się na szybki, weekendowy wypad naszym kamperem nad polskie morze. Cel – spotkać się ze znajomymi. I muszę przyznać: ten wyjazd okazał się absolutnym strzałem w dziesiątkę, a sama plaża w Gdyni zrobiła na nas super wrażenie.  

    Piątek: Biwak w sadzie jabłkowym i ramen na plaży

    Wyruszyliśmy w piątek, a naszym celem było urokliwe Pole namiotowe „Nad Bulwarem” w Gdyni Oksywie. To niezwykłe miejsce – kemping urządzony jest w prawdziwym, zielonym sadzie jabłkowym! Parkowanie kamperem pośród drzew owocowych daje niesamowity, sielski klimat i przyjemny cień.  

    Gdy tylko zaparkowaliśmy i podłączyliśmy auto, pędem ruszyliśmy na spotkanie ze znajomymi, z którymi umówiliśmy się bezpośrednio na plaży. Zamówiliśmy pyszny ramen i zjedliśmy go, siedząc na piasku przy szumie fal. Jako że niedługo miałem/am urodziny, ekipa zrobiła mi przemiłą niespodziankę – przynieśli świeczki i… wbili je prosto w mój ramen! Wyglądało to komicznie, było mnóstwo śmiechu i niesamowicie ciepła atmosfera. Najlepszy urodzinowy ramen w życiu!  

    Sobota: Pyszna jajecznica, Mechelinki i ucieczka przed deszczem do Rewy

    Sobotni poranek rozpoczęliśmy od misji „śniadanie”. Kupiliśmy chrupiące, świeże pieczywo oraz dodatki i wyprawiliśmy w naszym kamperowym obozowisku prawdziwą ucztę – domowa jajecznica przygotowana na świeżym powietrzu w sadzie smakowała po prostu przepysznie!

    Najedzeni i pełni energii skontaktowaliśmy się ze znajomymi na kolejny punkt programu: wypad w okolice Rewy.  

    1. Mechelinki: Zaczęliśmy od Mechelinek – zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, poszliśmy na obowiązkowe lody i stamtąd uznaliśmy, że idziemy pieszo w stronę Rewy.  

    2. Spacer nad morzem: Wybraliśmy ścieżkę prowadzącą tuż przy plaży. Cała trasa miała około 5 km – widoki były piękne, a spacer brzegiem morza idealnie nas zrelaksował.  

    3. Załamanie pogody i rybka w Rewie: Końcówka trasy przyniosła nam jednak niespodziankę – pogoda nagle się zepsuła i zaczęło mocno padać! Na szczęście rzutem na taśmę dotarliśmy do restauracji w Rewie. Zależało nam, żeby będąc nad morzem zjeść tradycyjną, dobrą rybkę, więc deszcz przeczekaliśmy w idealnych warunkach.  

    Z Rewy wróciliśmy autobusem do Mechelinek, gdzie zostało auto znajomych. Ekipa odwiozła nas z powrotem na kamping na Oksywiu. Wieczorem nabraliśmy jeszcze drugiego oddechu i wyszliśmy na kolejny, długi spacer nad morze – tego dnia naprawdę „dowaliliśmy” konkretną liczbę kilometrów!  

    Niedziela: Powrót do domu

    W niedzielę rano spakowaliśmy nasz kamperowy sprzęt, pożegnaliśmy urokliwy sad i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.  

    Ten krótki, sierpniowy mikrowypad kamperem nad polskie morze przypomniał nam, jak mało potrzeba do szczęścia: dobre towarzystwo, własny dom na kółkach pod jabłoniami, rowerowo-piesze szlaki i kolacja na plaży. Gdynia Oksywie i tamtejsza plaża okazały się przemiłym zaskoczeniem. Na pewno tam wrócimy

  • Kamper, pieski i absolutny chill, czyli nasz reset nad jeziorem Lubie

    Czasami w życiu trafia się ten idealny moment na małą ucieczkę, jedna córka pojechała na obóz, druga została w domu, a my postanowiliśmy wykorzystać okazję do maksimum. Spakowaliśmy kampera, zabraliśmy nasze dwa pieski, zapakowaliśmy rowery oraz deski SUP i ruszyliśmy w stronę Pojezierza Drawskiego. Cztery godziny relaksującej jazdy, obowiązkowy przystanek po drodze w Dino na zapasy na grilla i w czwartkowy wieczór meldowaliśmy się już nad brzegiem urokliwego jeziora Lubie.

    To był wyjazd w klimacie totalnego zwolnienia tempa. Dni zaczynały się od najważniejszego rytuału: porannego spaceru z pieskami na brzeg jeziora, gdzie przy wschodzącym słońcu i delikatnej mglicie nad wodą człowiek od razu czuje, że naprawdę odpoczywa. Potem szybki rozruch przy laptopie – bo opcja „office van” z widokiem na zieleń i wodę sprawia, że nawet praca idzie błyskawicznie – a zaraz po zamknięciu komputera zaczynała się najlepsza część dnia.

    Odkrywanie jeziora Lubie z perspektywy wody na deskach SUP to po prostu bajka. Próbowaliśmy nawet wciągnąć w tę zabawę nasze psy, ale czworonogi dość szybko dały nam do zrozumienia, że pływanie pod prąd to nie ich bajka i zdecydowanie wolą spanko w kamperze. Zrobiliśmy więc sprawiedliwy podział obowiązków: psiaki odpoczywały w cieniu, a my łapaliśmy balans na wodzie.

    Nie brakowało też akcentów rowerowych. Jednego dnia wybraliśmy się na dłuższą wycieczkę po okolicy, a naszym głównym celem stał się kultowy kemping Inter Nos. Żeby się na niego dostać, trzeba przejechać promem na wyspę, co samo w sobie było świetną przygodą! Objechaliśmy teren, obczajyliśmy okolicę i zyskaliśmy kolejny świetny punkt na mapie naszych przyszłych podróży.

    @livefully_pl

    Norwegia? Nie, to okolice Gudowa! 🇳🇴❌🇵🇱 Kiedy myślałam, że takie klimatyczne przeprawy promowe są tylko w Skandynawii, trafiamy na coś takiego!😱 Czy wiedzieliście, że żeby dostać się na camping, trzeba wjechać autem na prom? #camping #pojezierzedrawskie

    ♬ Pearls in Her Hair – Omega

    Wieczory nosiły już tylko jedną nazwę: grill i relaks. Zapach jedzenia z rusztu, zachodzące słońce nad jeziorem, spakowane psy drzemiące u naszych stóp i brak jakiegokolwiek pośpiechu. Jezioro Lubie okazało się genialnym, cichym i niezwykle przyjaznym miejscem na taki mikrowyjazd. Wróciliśmy do domu z naładowanymi bateriami, lekko zmęczeni od rowerów i pływania, ale przede wszystkim z głowami pełnymi spokoju.

  • Włoskie słońce, alpejskie szczyty i wiedeńskie metro, czyli nasza wielka wakacyjana kamperowa przygoda!

    Stało się! Gdy tylko w szkołach wybrzmiał ostatni dzwonek, a dziewczynki odebrały świadectwa, my już mieliśmy spakowanego kampera. Szybki buziak dla codziennej rutyny i ruszamy w trasę! Kierunek? Słoneczna Italia.

    Przejechaliśmy Polskę, Słowację i Austrię. Mieliśmy chytry plan, żeby całą Austrię przeskoczyć nocą, kiedy ruch jest znikomy. Udało się idealnie – około 3:00 nad ranem przekroczyliśmy granicę włoską i zrobiliśmy szybką pauzę na nocleg tuż za nią. O 8:00 rano byliśmy już w drodze na nasz główny cel: Camping Lido w Lazise nad jeziorem Garda.

    Check-in mieliśmy przewidziany niezwykle wcześnie, bo między 11:00 a 13:00. Na miejsce dotarliśmy idealnie w okienku! Dostaliśmy kilka parceli do wyboru, sprawnie rozstawiliśmy nasz obóz i… oficjalnie rozpoczęliśmy nasze włoskie wakacje!

    Część 1: Słoneczna Garda – cytrynowy vibe, skoki do wody i motorówka

    Gorąc towarzyszył nam od pierwszego dnia. W zasadzie przez cały pobyt nad Gardą przeżyliśmy w strojach kąpielowych. Pierwsze 3 dni postawiliśmy na całkowitą aklimatyzację – nie ruszaliśmy się poza teren campingu. Basen, jezioro, pyszne jedzonko i absolutny luz.

    Gdy ładowarki baterii naładowały się do pełna, zrzuciliśmy rowery z bagażnika i ruszyliśmy na podbój okolicy!

     Peschiera del Garda: Urocze miasteczko, wąskie uliczki i niesamowity klimat. Całe jezioro Garda ma zresztą cudowny, „cytrynowy vibe” (słynne Limone zrobiło swoje i ta stylistyka opanowała cały region!).

     Ścieżki rowerowe: Tuż przy samym jeziorze są po prostu genialne. Woda w jeziorze była czysta, ciepła, a widok z wody na majaczące w oddali góry – bezcenny.

    Działo się też sporo na wodzie! Pływaliśmy na SUP-ie, a dziewczyny z pasją nurkowały. Pewnego dnia zrobiliśmy sobie jednak prawdziwy prezent i wypożyczyliśmy motorówkę. Popłynęliśmy z naszego Campingu Lido w stronę charakterystycznej, żółtej willi, przy której często wodują łodzie. Wiatr we włosach, turkus wody i widok na wybrzeże z perspektywy jeziora – to była absolutnie genialna przygoda!

    Oczywiście nie obeszło się bez wizyty w samym Lazise na zakupy i najlepsze włoskie lody.

    Niezwykłe było też obserwowanie klimatu wokół jeziora. W zależności od pogody i przejrzystości powietrza – góry raz były ostre jak na dłoni, innym razem kryły się za tajemniczą mgłą. Każdego dnia, stojąc w tym samym miejscu, patrzyliśmy na zupełnie inny krajobraz.

    Część 2: Krótki (za krótki!) zachwyt w Dolomitach

    Po 6 wspaniałych nocach spakowaliśmy manatki i skierowaliśmy się w góry. Nasz cel: Caravan Park Sexten w Dolomitach.

    Już samo przebywanie w takim otoczeniu sprawia, że człowiek głęboko oddycha i wypoczywa. Góry dosłownie wchodzą do kampera! Ponieważ wpadliśmy tu na krótko, szybko wskoczyliśmy na rowery i zrobiliśmy przejażdżkę w kierunku miejscowości Moos.

    Po drodze natknęliśmy się na kolejkę górską. Decyzja mogła być tylko jedna: wjeżdżamy na górę! Widoki ze szczytu były jak z widokówki – soczysta zieleń, przestrzenie i alpejskie krówki skubiące trawę. Wieczorem zregenerowaliśmy mięśnie na campingowych basenach.

    To był zdecydowanie za krótki przystanek. Dolomity rozbudziły nasz apetyt i już wiemy, że musimy tam wrócić na dłużej!

    Część 3: Wiedeń z perspektywy roweru, metra i… chińskiej restauracji!

    Z chłodniejszych gór ruszyliśmy do stolicy Austrii. W Wiedniu zameldowaliśmy się na campingu zlokalizowanym bezpośrednio na Wyspie Dunajskiej.

     Dzień 1: Zaraz po przyjeździe wyciągnęliśmy rowery i ruszyliśmy pod wieżę widokową Donauturm. Panorama miasta powala! Znaleźliśmy tam nawet wielką zjeżdżalnię na zewnątrz wieży, ale (tym razem!) zabrakło nam odrobiny odwagi na taki zjazd. Wróciliśmy na camping, zjedliśmy kolację i padliśmy jak kawki.

     Dzień 2: Dzień pod hasłem shopping i zwiedzanie najważniejszych punktów na mapie Wiednia!

    Przemieszczaliśmy się metrem i autobusami – komunikacja miejska w Wiedniu to czysta przyjemność. Gdy byliśmy w środku eksploracji miasta, złapała nas solidna ulewa. Przeczekaliśmy ją w lokalnej chińskiej restauracji (zawsze spoko opcja na deszcz!), po czym ruszyliśmy na podbój sklepów: Hollister, Subdued, Urban Outfitters, Zara… Dziewczyny były w wniebowzięte! Zaliczyliśmy też słynny taras widokowy na budynku IKEA.

    Część 4: Słodkie zakończenie w Energylandii

    Zadowoleni, spakowani i pełni wrażeń ruszyliśmy w stronę Polski, ale to nie był jeszcze koniec atrakcji. Przystanek końcowy: Energylandia w Zatorze!

    Uwielbiamy tutejszy camping, bo ma jedno genialne udogodnienie – wyjście z campingu prowadzi bezpośrednio na teren parku rozrywki. Dziewczynki mogły same wchodzić, wychodzić i czuć się całkowicie swobodnie, a my dołączyliśmy do nich chwilę później. Zabawa, jak zawsze w tym miejscu, była przednia!

    Spędziliśmy tam 2 noce, wykrzyczeliśmy się na roller coasterach i z wielkimi uśmiechami na twarzach wróciliśmy do domu.

    To była wycieczka idealna: połączyliśmy beztroski chill nad Gardą, górskie widoki w Dolomitach, miejski vibe Wiednia i szaleństwo w parku rozrywki. Kamper po raz kolejny dał nam niesamowitą wolność!

  • Tygodniowy wypad na południe Polski

    Siedem dni, ponad tysiąc kilometrów, pięć różnych przystanków i absolutne zero dziecięcego marudzenia z tylnego siedzenia. Nasz tygodniowy wypad na południe Polski miał jedno główne zadanie: reset, koncertowy żywioł i odrobinę górskiej satysfakcji.

    Wyjechaliśmy w niedzielę, stawiając na miękkie lądowanie. Pierwszy przystanek to Gorący Potok w Szaflarach – idealne miejsce, żeby zrzucić z siebie codzienny stres i trochę się zrelaksować w gorących źródłach. Noc spędziliśmy na tamtejszym kempingu, doładowując baterie przed górskim wyzwaniem.

    Poniedziałek powitał nas słońcem i pierwszym konkretnym celem z listy: zdobyciem Lubomira, należącego do Korony Gór Polski. Auto zostawiliśmy na parkingu i ruszyliśmy w górę. Szlak okazał się wyjątkowo przyjemny, pełen tablic z ciekawostkami astronomicznymi (w końcu na szczycie stoi słynne obserwatorium!). Pieczątka trafiła do książeczki, a my ruszyliśmy prosto w stronę Krakowa.

    W stolicy Małopolski zameldowaliśmy się na kempingu, który stał się naszą bazą na kolejne dwie noce. Poniedziałkowy wieczór przeznaczyliśmy na klasykę: powolny spacer po Rynku, obiad z widokiem na Sukiennice i obowiązkową wizytę na Kazimierzu. Wybór na kolację mógł być tylko jeden – kultowe zapiekanki z Okrąglaka na Placu Nowym (Bar Endzior jak zwykle trzyma poziom!).

    Wtorek to był dzień, na który czekaliśmy najbardziej. Pojechaliśmy tramwajem do TAURON Areny na potężny zestaw lost gereration. Najbardziej wyczekiwalismy  Papa Roach oraz The Offspring. Koncert wyszedł surowo, energicznie, a atmosfera na płycie była po prostu genialna. Prawdziwa przygoda zaczęła się jednak po imprezie. Złapanie Ubera graniczyło z cudem, więc postawiliśmy na miejskie hulajnogi. Nawigacja uznała, że ma poczucie humoru i poprowadziła nas na skróty przez wyboiste, ciemne ścieżki – nocna jazda bez trzymanki, ale wspomnienia nie do podrobienia!

    Środa stała pod znakiem zmiany rejonu i kolejnego górskiego akcentu. Naszym celem stała się Wielka Sowa w Górach Sowich. Po sprawnym podejściu, podziwianiu widoków ze szczytu i zbiciu kolejnej pieczątki do KGP, mieliśmy w planach nocleg na dziko. Miejsce, które wybraliśmy, jakoś nam jednak nie podeszło. Szybka decyzja: przenosimy się na kemping, na którym kiedyś już byliśmy. Na stronie wyglądał na mocno rozwinięty i na miejscu potwierdziliśmy to w 100%. Spędziliśmy tam dwie fantastyczne noce. Był totalny chillout, podziwianie malowniczych zachodów słońca, niespieszne spacery ścieżkami pośród pól zbóż i czerwonych maków, a na dobicie regeneracji – gorąca sauna.

    W piątek rano ruszoną trasą obraliśmy kierunek na Leszno i tamtejsze pokazy Antidotum Airshow. Zająwszy świetne miejsce na kempingu tuż przy samym lotnisku, rozłożyliśmy się z zamiarem totalnego lenistwa – bilety na teren imprezy mieliśmy dopiero na sobotę. Żar lał się z nieba, więc nasza przenośna kostkarka do lodu pracowała na maksymalnych obrotach, schładzając drinki. Około 18:00 niebo się jednak załamało. Najpierw runął deszcz, chwilę później nadciągnęła potężna burza i w sieci pojawiły się oficjalne komunikaty o odwołaniu piątkowych pokazów nocnych.

    Naczęstowani pogodowym rozczarowaniem, czekaliśmy na sobotę – i opłaciło się z nawiązką! Sobotnie pokazy lotnicze wynagrodziły nam piątkowy deszcz z nawiązką. Akrobacje, światła, pirotechnika na niebie i ryk silników zrobiły potężne wrażenie.

    W niedzielę, po leniwym śniadaniu na kempingu, spakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wracaliśmy super zadowoleni, naładowani pozytywną energią i… nie ukrywamy, mocno stęsknieni za dziećmi. To był idealny, intensywny i różnorodny tydzień!