• Majówka 2026 nad jeziorem Bohinj – Nasza rodzinna wyprawa do serca Alp Julijskich

    Są takie miejsca na świecie, o których marzy się miesiącami, a zdobycie tam rezerwacji graniczy z cudem. Tak właśnie jest z kempingiem nad jeziorem Bohinj w Słowenii – prawdopodobnie najpiękniej położonym kempingiem w całej Europie.

    Jak nam się udało tam dostać? Rezerwacje na sezon 2026 ruszały w momencie, gdy byliśmy… w samolocie, wracając z egzotycznej Tajlandii. Maciej, nie tracąc zimnej krwi, wykupił samolotowe Wi-Fi i z wysokości kilku tysięcy metrów nad ziemią wyklikał dla nas wymarzoną parcelę w pierwszej linii brzegu, z bezpośrednim widokiem na turkusową taflę jeziora i surowe szczyty gór. Plan na majówkę był gotowy!

    Przystanek 1: Nocna trasa i szybki stopover na Węgrzech

    Wyruszyliśmy w piątek, 24 kwietnia. Przed nami była długa droga, więc zaplanowaliśmy nocleg tranzytowy na Węgrzech. Na tamtejszy Stellplatz (camperplatz) dotarliśmy około 3:00 w nocy. Szybka opłata (ok. 70 zł), parę godzin regeneracyjnego snu i po pożywnym śniadaniu byliśmy gotowi na dalszą drogę w stronę słoweńskiej granicy.

    Przystanek 2: Podziemny świat Postojnej

    Zanim dotarliśmy nad Bohinj, postanowiliśmy odwiedzić jedną z największych atrakcji Słowenii – Jaskinię Postojną (Postojna Jama). Zatrzymaliśmy się na usytuowanym blisko natury kempingu w okolicy. Dzień minął nam na chillu i rodzinnej wycieczce rowerowej do pobliskiego miasteczka po uzupełnienie zapasów.

    Następnego dnia rano podjechaliśmy na parking przy samej jaskini. Bilety kupiliśmy wcześniej przez internet na godzinę 10:30 (co gorąco polecamy, by uniknąć kolejek!)

    Ciekawostka: Jaskinia Postojna ma aż 24 kilometry podziemnych korytarzy i drążona była przez rzekę Pivkę przez miliony lat! Największą frajdą dla dzieci (i dla nas też!) był przejazd podziemną kolejką elektryczną – to jedyna taka trasa na świecie. Wewnątrz podziwialiśmy monumentalne stalagmity oraz słynnego Odszczepieńca Jaskiniowego (Protéus), nazywanego „ludzką rybką” – niesamowite stworzenie, które żyje wyłącznie w podziemnych wodach i potrafi przetrwać bez jedzenia nawet kilka lat!

    W drodze nad Bohinj: Sentymentalny Bled

    Po zwiedzeniu jaskini wróciliśmy do kampera i obraliśmy kierunek na cel główny. Po drodze mijaliśmy słynne Jezioro Bled. Była to dla nas wyjątkowa chwila – odwiedziliśmy to miejsce dokładnie 2 lata wcześniej, więc w sercach pojawiła się spora nutka sentymentu. Bo to była nasza pierwsza wyprawa nowym dużym Kamperem.

    Gdy w końcu dotarliśmy nad Jezioro Bohinj i wjechaliśmy na naszą parcelę w pierwszej linii brzegu… dosłownie odjęło nam mowę. Wstać rano, otworzyć drzwi kampera i patrzeć na krystalicznie czystą wodę otoczoną potężnymi szczytami Alp Julijskich – to doświadczenie, dla którego warto podróżować na koniec świata.

    Dzień 1: Wyprawa nad Wodospad Savica

    Na pierwszy ogień wybraliśmy się zobaczyć spektakularny Wodospad Savica (Slap Savica) – jedno z głównych źródeł zasilających jezioro Bohinj.

     Dojazd rowerem: Z kempingu to przyjemna, choć stopniowo pnąca się w górę trasa rowerowa o długości około 7–8 km (ok. 30–40 minut spokojnej jazdy).

     Podejście piesze: Od parkingu czekało nas podejście po kamiennych stopniach. To około 500 schodków (ok. 20-25 minut spaceru w górę przez piękny, bukowy las).

     Ciekawostka: Wodospad wyływa z pionowej ściany skalnej na wysokości 78 metrów i wypływa z podziemnego jeziora uwięzionego wewnątrz góry! Widok wody wpadającej do szmaragdowej kaskady jest po prostu bajkowy.

    Dzień 2: Miasteczko i zasłużony chillout

    Kolejny dzień minął pod znakiem pełnego relaksu. Wyruszyliśmy na niespieszną przejażdżkę rowerową wzdłuż brzegu jeziora do pobliskiego miasteczka, gdzie rozkoszowaliśmy się kawą, lokalnymi przysmakami i brakiem jakiegokolwiek pośpiechu oraz zrobiliśmy zakupy.

    Dzień 3: Deszczowy dzień, włoska pizza i mistyczna mgła

    Trzeciego dnia pogoda postanowiła pokazać swoje drugie, surowe oblicze – padało od samego rana do wieczora. Zamiast jednak narzekać, urządziliśmy sobie przytulny dzień w kamperze. Naszą główną atrakcją była pizza z lokalnego baru – wyszła niesamowicie przepyszna!

    A kiedy deszcz powoli ustawał, nad jeziorem zaczął się prawdziwy spektakl natury. Unoszące się nad wodą gęste pasma mgły, przeplatane zarysami gór, stworzyły niesamowity, tajemniczy klimat, którego nie zapomnimy nigdy.

    Dzień 4: Wjazd kolejką na Vogel i śnieg w majówkę!

    Kiedy niebo się przejaśniło, wybraliśmy się na szczyt Vogel. Wjechaliśmy kolejką linową na górę, skąd rozpościera się absolutnie genialny panoramiczny widok na całe jezioro Bohinj oraz najwyższy szczyt Słowenii – Triglav.

    Na górze czekała na nas niespodzianka – sporo zimowego śniegu! Zrobiliśmy mnóstwo pamiątkowych zdjęć, pospacerowaliśmy po górskich ścieżkach i nacieszyliśmy oczy alpejską przestrzenią.

    Dzień 5: Szlakiem Złotoroga (Zlatorog)

    Ten dzień był dedykowany dzieciom. Wybraliśmy się na rodzinną ścieżkę dydaktyczno-przygodową „Zlatorogowa dežela” (Kraina Złotoroga) w Ukanc.

    To cudowna, około 2-kilometrowa trasa pełna zagadek, drewnianych rzeźb i zadań interaktywnych nawiązujących do legendy o Złotorogu – magicznym koziorożcu ze złotymi rogami, który według podań strzegł skarbów w Alpach Julijskich. Dzieci były zachwycone, a po południu podjechaliśmy jeszcze raz do miasteczka na spacer.

    Dzień 6: Moja samotna wyprawa – Trekking przez Dolinę Voje do Wąwozu Mostnica

    Kolejnego dnia zaplanowaliśmy wycieczkę rowerową do urokliwej wsi Stara Fužina. Po wspólnych lodach postanowiłam, że muszę zdobyć Wąwóz Mostnica (Mostnica Mostnik). Ponieważ reszta rodziny wolała odpocząć nad wodą, wsiadłam na rower, dojechałam do punktu startowego i ruszyłam na samotny trekking.

    I to była genialna decyzja!

     Przeszłam łącznie ponad 10 km trasą prowadzącą przez malowniczy wąwóz z niesamowicie wyżłobionymi skałami (poszukajcie skały wyglądającej jak „mały słoń”!), a następnie przez cudowną, zieloną Dolinę Voje.

     Celem wędrówki był wodospad Slap Mostnica (Voje) na końcu doliny.

     Krystaliczna, turkusowa woda, cisza, zapach lasu i otaczające łąki sprawiły, że był to jeden z najpiękniejszych trekkingów.

    Dzień 7: Pakowanie i droga do domu

    Ostatni dzień to czas powolnego pakowania, ale i łapania ostatnich chwil.

    Podsumowanie

    Podróżowaliśmy po wielu miejscach w Europie, ale kemping nad jeziorem Bohinj bije wszystko na głowę pod względem widoku z parceli. To idealne miejsce na aktywny, a zarazem bliski naturze rodzinny wypoczynek. SUP, rowery, górskie trekkingi, krystaliczna woda i niepowtarzalny klimat Słowenii sprawiły, że ta majówka przejdzie do naszej rodzinnej historii jako jedna z najpiękniejszych!

    Byliśmy już na Slownii 3 razy, za kazdym razem odkrywamy cos nowego i za kazdym razem mamy niedosyt:)

    Słowenio, jeszcze tu wrócimy! ❤️

  • Tajlandia 2026

    Przełom stycznia i lutego 2026 roku przyniósł Naszej rodzinie przygodę życia. Wyszłyśmy z domu w piątkowy poranek, zaczynając podróż z Gdańska przez Monachium i Bangkok aż na Phuket. Trasa była długa i męcząca, ale lot z Monachium dwupokładowym gigantem – Airbusem A380-800 (największym pasażerskim samolotem świata) – robił wrażenie. Na miejsce dotarłyśmy w sobotni wieczór.

    Phuket i wyprawa na Phi Phi

     Stardock & Relax: Dwie pierwsze noce spędziliśmy w hotelu Novotel na Phuket, regenerując siły po podróży, jedząc pyszne śniadania i zwiedzając urokliwe Old Town.

     Rejs na Phi Phi: Z portu (gdzie oznaczono Nas naklejkami, by nikt nie pomylił kierunków) wyruszyłyście w 2-3 godzinny rejs promem (Phuket Ferry). Po uiszczeniu opłaty turystycznej wypatrzyliśmy chłopaka z tabliczką hotelu Relax Beach Resort. Do ukrytego w zatoczce resortu można było dostać się wyłącznie łodzią typu Longtail.

     Morska przygoda: Całodniowa wycieczka (6 miejsc: Maya Bay, Bamboo Beach, Monkey Beach, Pileh Lagoon, Viking Cave i inne) dostarczyła emocji. Siedzenie w pierwszym rzędzie łodzi oznaczało ciągłe uderzenia fal w oczy!

     Maya Bay: Wymarzone miejsce powitało Was ok. 13:00 – tłum już odpłynął, a My miałyście swój idealny moment na zdjęcia.

     Wieczorny chill: Powrót na wyspę, koktajle, punkt widokowy na zachód słońca, plaża i widowiskowy show ognia. Co ciekawe, to właśnie na Phi Phi jedzenie smakowało najlepiej, mimo że każdy składnik dopływał tam łodziami.

    Koh Lanta – wyspiarski spokój

    Prom na Koh Lantę przyniósł nagłą zmianę planów – w trakcie rejsu upolowaliśmy na Booking idealną ofertę w miasteczku Trang (Dugong). Zanim jednak tam dotarliśmy, spędziłyście na Koh Lancie 4 relaksujące dni:

     Wycieczka 4 Islands: Zachwycająca plaża na Koh Kradan oraz przepłynięcie 70-metrowego, ciemnego tunelu do ukrytej Smoczej Laguny (Emerald Cave / Koh Mook) i snorkelling.

     Dni bez pośpiechu: Spacer po Walking Street, basen, pranie, plażowanie i zachody słońca. Wycieczka do słoni nie doszła do skutku przez przeoczenie organizatorów („przepraszamy, zapomnieliśmy o Was!”), ale nie zepsuło to nam humorów.

    Dugong (Trang) – dzika Tajlandia

    Transport do miasteczka okazał się małą łamigłówką – taksówkarz czekał po drugiej stronie portu, a my w innym porcie;), więc trzeba było dodatkowo dopłynąć i podjechać, ale w końcu się udało. 2-godzinna trasa prowadziła przez zupełnie inny, dziki krajobraz gęstych palm.

    Po dotarciu do Dugong czekał na nas  Apartament z widokiem: Sypialnia dla nas, druga dla dziewczynek, a z tarasu – nieziemski widok na palmy i pasące się krówki. Po tygodniu tajskiej kuchni wypieczona na miejscu pizza z pieca smakowała obłędnie!

     Baan Nam Raj & Lokalsi: Rejs łodzią po lasach namorzynowych i wspinaczka na górkę w klapkach (na szczęście bez kontuzji). Nikt nie mówił po angielsku, ale Wasz taksówkarz okazał serce – został i robił za tłumacza.

     Eksploracja okolicy: Dziki Park Narodowy (prawie bez ludzi, tylko z kilkoma małpami), ubogie miasteczko, powrót tuk-tukiem, a kolejnego dnia oceanarium, park z wiszącymi mostami w koronach drzew, miasteczko Trang i jego słynny, nieco zabawny wieżowy zegar.

    Powrót na Phuket i finał

    Po 4-godzinnej jeździe taksówką wróciłyście na Phuket na ostatnie 2 noce:

     Słonie i woda: Wizyta w etycznym sanktuarium słoni (karmienie i poznawanie ich historii) oraz szalona zabawa w parku wodnym Andamanda Water Park przyniosła niesamowite wrażenia.

     Ostatnie akcenty: Pyszne amerykańskie śniadania (jajka, kiełbaski, bekon), zakupy na lokalnym markecie hurtowym (przyprawy i pamiątki), obiad w Pizza Point i taksówka na lotnisko.

    Na lotnisku wpadły jeszcze miękkie poduszki podróżne oraz magnesy, po czym wsiedliśmy w samolot z Phuket do Bangkoku, rozpoczynając drogę powrotną do domu z głową pełną wspomnień

  • Madera 2025/2026

    Sylwester na Maderze: Rajska wyspa, góry w chmurach i pokaz, którego nie zapomnimy do końca życia

    Szukając idealnego miejsca na powitanie Nowego Roku, postanowiliśmy uciec od szarości i spędzić ośmiodniowy rodzinny wypad na Maderze. To był niezwykle intensywny, piękny i różnorodny czas, który zapamiętamy na bardzo długo.

    Dzień 1: Powitanie z wyspą i deszczowy wieczór

    Zaraz po lądowaniu w Funchal czekał na nas busik, który zabrał nas do siedziby wypożyczalni Rentix po nasz samochód. Stamtąd ruszyliśmy prosto do naszej bazy wypadkowej.

    Mieszkaliśmy w cudownym apartamencie z podgrzewanym basenem. Właściciele okazali się niezwykle mili i dbali o każdy, nawet najmniejszy szczegół wyposażenia. Dojechaliśmy wieczorem w strugach deszczu, więc zrobiliśmy tylko szybkie zakupy, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać – kolejnego dnia czekało nas spore wyzwanie.

    Dzień 2: Korona Madery i obrzeża półwyspu Ponta de São Lourenço

    Poranek przywitał nas wyjazdem na Pico do Arieiro. Droga na parking była kręta i mocno pod górę – w pewnym momencie dosłownie wątpiliśmy, czy nasz samochód da radę i czy na pewno chcemy tam jechać!

    Warto wiedzieć: Od niedawna wstęp na szlak z Pico do Arieiro na Pico Ruivo jest płatny (5 EUR) i wymaga wcześniejszej rezerwacji. Wejściówki trzeba zarezerwować i opłacić na oficjalnej stronie regionalnej: simplifica.madeira.gov.pt.

    Zaparkowaliśmy dość wcześnie, dzięki czemu bez problemu znaleźliśmy miejsce. Ruszyliśmy w stronę charakterystycznej kopuły i słynnych „schodów do nieba”. Przeszliśmy ok. 2 km w jedną stronę do miejsca, gdzie szlak był dalej zamknięty. Widoki były po prostu hipnotyzujące – chmury dosłownie dotykały szczytów gór.

    Poszło nam tak sprawnie, że postanowiliśmy wykorzystać dzień i podjechać na szlak PR8 Ponta de São Lourenço(Półwysep Św. Wawrzyńca). Tutaj z parkowaniem był już spore wyzwanie, bo przyjechaliśmy po południu i musieliśmy zostawić auto dość daleko od wejścia. Słońce grzało niemiłosiernie, ale sytuację uratowały food trucki na miejscu – zimna lemoniada i hot dogi postawiły nas na nogi. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, jednak dziewczyny stwierdziły, że nie mają siły na pełny trekking. Niespiesznie wróciliśmy więc do apartamentu na zasłużony chill i relaks w podgrzewanym basenie.

    Dzień 3: Magiczny Fanal i Sylwestrowe szaleństwo w Funchal

    W Sylwestra pogoda zaczęła się psuć, dlatego wprowadziliśmy plan B: las Fanal. Mgliście, magicznie, z lekkim błotem pod nogami – wiekowe drzewa o niesamowitych kształtach tworzyły bajkowy klimat. Po spacerze odkrywaliśmy kolejne punkty widokowe z naszej mapki Google Maps, zjedliśmy pyszny obiad w lokalnym barze i wróciliśmy do domu, cały czas śledząc prognozy – deszcz nie odpuszczał i obawialiśmy się, czy słynny pokaz fajerwerków w ogóle się odbędzie.

    O 18:00 ruszyliśmy do Funchal. Auto zaparkowaliśmy na przedmieściach, ponieważ centrum wyłączono z ruchu. Złożeni pod parasolami poszliśmy pieszo w stronę portu. Kupiliśmy po drodze dodatkowe parasole i zajęliśmy strategiczne miejsce nad wodą. Czekanie było trudne – deszcz ciągle siąpił, dziewczyny były zmęczone, a najmłodsza niemal zasypiała na stojąco.

    Jednak równo o 23:45 zaczęło się wstępne widowisko, a o północy niebo dosłownie wybuchło tysiącem barw. Pokaz był widowiskowy – w jednej chwili zapomnieliśmy o deszczu i zmęczeniu. To było spektakularne i najpiękniejsze możliwe zakończenie 2025 roku!

    Dzień 4: Noworoczny oddech

    Pierwszego dnia Nowego Roku deszcz praktycznie nie przestawał padać. Zrobiliśmy sobie pełen regeneracyjny leniwiec w naszym apartamencie. Dopiero wieczorem, gdy aura nieco się uspokoiła, wyszliśmy na szybki, odświeżający spacer po okolicy.

    Dzień 5: Jezus, klify, wiszące mosty i czarna plaża

    Rano pojechaliśmy pod statuę Cristo Rei (figura Jezusa w Garajau) ze świetnym punktem widokowym na ocean. Następnie ruszyliśmy w stronę malowniczego miasteczka Santana.

    Kolejne punkty naszej trasy to:

     Krótki spacer przy dwóch efektownych wiszących mostach.

     Sesja zdjęciowa w okolicach charakterystycznych huśtawek i skał wyłaniających się z morza.

     Przejazd na wulkaniczną plażę Seixal (z czarnym piaskiem). Plaża była zupełnie pusta – mieliśmy ten niezwykły widok tylko dla siebie!

    Dzień 6: Tropikalne ogrody i ikony wyspy

    Ten dzień upłynął nam pod znakiem klasyków Madery:

     Jardim Tropical Monte Palace – przepiękne, piętrowe ogrody pełne egzotycznej roślinności i sztuki.

     Muzeum CR7 w Funchal (coś dla fanów Cristiano Ronaldo!).

     Cascata dos Anjos – słynny „wodospad Aniołów” spadający prosto na dawną drogę publiczną.

    Dzień 7: Kolejka linowa (Achadas da Cruz)

    Wybraliśmy się na przejażdżkę niezwykłą kolejką linową (Achadas da Cruz), która zjeżdża niemal pionowo w dół klifu do opuszczonej, zielonej osady przy samym oceanie. Widoki zapierały dech! Gdy na dole zaczęły zbierać się ciemne chmury, szybko wróciliśmy wagonikiem na górę i uciekliśmy przed ulewą do domu.

    Dzień 8: Ostatnie pamiątki i powrót

    Ostatniego dnia spakowaliśmy się, zrobiliśmy spokojne zakupy pamiątek i lokalnych przysmaków w Funchal, oddaliśmy samochód w wypożyczalni i udaliśmy się na lotnisko.

    To był niesamowicie udany, spędzony w rodzinnym gronie tydzień. Madera w zimowej oprawie – mimo zmiennej pogody – zachwyciła każdego z nas!

  • Tromsø

    Grudniowa rodzinna wyprawa do Tromsø. 

    Zimowa Norwegia potrafi dać w kość mrozem, ale widoki i przygody wynagradzają każdą warstwę kalesonów.

    Dzień 1: Przelot i arktyczne powitanie

    Nasza przygoda rozpoczęła się na lotnisku w Gdańsku, skąd wystartowilsmy prosto za koło podbiegunowe. Po lądowaniu w Tromsø szybka przesiadka się w lokalny autobus, a Norwegia powitała Was w najlepszy możliwy sposób – zorzą polarną dostrzegliśmy już… na przystanku przesiadkowym! Po szybkich zakupach na kolejne dni dotarliśmy do swojego domku bnb na obrzeżach miasta.

    Dzień 2: Psie zaprzęgi w Skibotn i nocne polowanie

    Pobudka była wczesna, bo w planach mieliśmy jedno z największych marzeń: psie zaprzęgi. Z miejsca zbiórki ruszyliśmy w około dwugodzinną trasę autobusem. Droga w arktycznych warunkach była absolutnie senna – mróz, śnieg i niesamowite widoki za szybą.

    Po dotarciu do bazy dostaliśmy specjalne, grube kombinezony, po czym przejechaliśmy do lasu w okolicach Skibotn(blisko granicy z Finlandią). Tam czekały już podekscytowane psy. Sam przejazd saniami ciągniętymi przez te zwierzaki dawał niesamowitą frajdę i trwał około dwóch godzin. Po wszystkim rozgrzaliśmy się przy ognisku, jedząc tradycyjną zupę z renifera. Do domku wróciliśmy autobusem, a w nocy wyszliśmy przed domek na kolejne polowanie na zorzę polarną, udane:)

    Dzień 3: Tromsø z góry, Arktyczna Katedra i najdalszy Mac

    Tego dnia pozwoliliśmy sobie na odrobinę lenistwa i niepośpieszny poranek. Po przyjeździe do centrum zobaczyliśmy charakterystyczna bramę Arktyczna i przespacerowaliśmy się klimatycznymi uliczkami miasta.

    Następnie podjechaliśmy autobusem do słynnej kolejki linowej Fjellheisen. Wjazd na szczyt opłacił się z nawiązką – widok na oświetlone, całkowicie ośnieżone Tromsø nocą powalał z nóg. Po zjechaniu na dół zgłodnieliśmy, więc wybór padł na ikoniczny punkt: najdalej wysuniętego na północ McDonald’sa na świecie. Po posiłku szybki tour po mieście i powrót na zasłużony odpoczynek do domku.

    Dzień 4: Renifery, relaks na basenie i powrót

    Ostatni dzień poświęciliśmy  na wizytę na farmie reniferów. Karmienie tych zwierząt  dało mnóstwo radości. Posłuchaliśmy opowieści o rdzennych mieszkańcach tych ziem – Samach. Na obiad znów wjechała zupa z renifera (zjedzenie jej zaraz po karmieniu było co prawda nieco creepy, ale trzeba przyznać, że smakowała świetnie!).

    Mając sporo czasu do późnego lotu, wróciliśmy do miasteczka i pojechaliśmy autobusem wygrzać się na basenie. Przed samym wylotem chcieliśmy przejść na lotnisko pieszo, ale droga była tak oblodzona i śliska, że bezpieczniej było poczekać na autobus. Potem została już tylko sprawna odprawa i bezpieczny lot powrotny do domu. w drodze powrotnej samolotem ukazała się zorza pożegnanie. 

    Wyjazd był intensywny, pełen kontrastów i prawdziwego zimowego klimatu

  • Ålesund & Geirangerfjord

    Wypad do Ålesund (czwartek–niedziela)

    Dzień 1 – Odkrywanie Ålesund


    Po przyjeździe rozpoczęliśmy naszą przygodę od spaceru po malowniczym centrum Ålesund – miasta znanego z architektury w stylu secesyjnym i pięknych widoków na ocean. Weszliśmy na słynny punkt widokowy Aksla, z którego roztacza się panoramiczny widok na całe miasto i okoliczne wyspy.

    Następnie kontynuowaliśmy wędrówkę wyżej, do Fjellstua, restauracja i taras widokowy na szczycie Aksla.

    Później ruszyliśmy szlakiem Byfjelllet pieszym w kierunku stadionu Aksla: popularna trasa spacerowa. Po wędrówce zrobiliśmy zakupy w sklepie Kiwi, a następnie zameldowaliśmy się w naszym apartamencie Airbnb. Wieczorem odbyliśmy jeszcze jeden spacer po urokliwym centrum miasta, tym razem po zmroku, kiedy Ålesund prezentuje się wyjątkowo klimatycznie.


    Dzień 2

    Drugiego dnia czekała na nas wyprawa na Sukkertoppen (czyli „Cukrowa Góra”) jedno z najpiękniejszych miejsc widokowych w okolicy. Trasa była średnio wymagająca, ale zdecydowanie warta wysiłku z samego szczytu rozpościerały się spektakularne widoki na Ålesund, Morze Norweskie i otaczające fiordy.

    Dzień 3 – Rejs do Geirangerfjord

    Trzeciego dnia wyruszyliśmy w niezapomniany rejs do słynnego Geirangerfjord jednej z największych atrakcji Norwegii wpisanej na listę UNESCO. Rejs w jedną stronę trwał około 3 godziny, a na miejscu spędziliśmy 2,5 godziny. Zrobiliśmy zdjęcia przy punktach  widokowych skąd, rozciągał się zachwycający widok na cały fiord.

    Dzień 4 – powrót

    W niedzielę przyszedł czas na powrót do domu., pełni wrażeń, z głowami pełnymi wspomnień i kartami pamięci wypełnionymi zdjęciami i filmami;)