• Kamper, pieski i absolutny chill, czyli nasz reset nad jeziorem Lubie

    Czasami w życiu trafia się ten idealny moment na małą ucieczkę, jedna córka pojechała na obóz, druga została w domu, a my postanowiliśmy wykorzystać okazję do maksimum. Spakowaliśmy kampera, zabraliśmy nasze dwa pieski, zapakowaliśmy rowery oraz deski SUP i ruszyliśmy w stronę Pojezierza Drawskiego. Cztery godziny relaksującej jazdy, obowiązkowy przystanek po drodze w Dino na zapasy na grilla i w czwartkowy wieczór meldowaliśmy się już nad brzegiem urokliwego jeziora Lubie.

    To był wyjazd w klimacie totalnego zwolnienia tempa. Dni zaczynały się od najważniejszego rytuału: porannego spaceru z pieskami na brzeg jeziora, gdzie przy wschodzącym słońcu i delikatnej mglicie nad wodą człowiek od razu czuje, że naprawdę odpoczywa. Potem szybki rozruch przy laptopie – bo opcja „office van” z widokiem na zieleń i wodę sprawia, że nawet praca idzie błyskawicznie – a zaraz po zamknięciu komputera zaczynała się najlepsza część dnia.

    Odkrywanie jeziora Lubie z perspektywy wody na deskach SUP to po prostu bajka. Próbowaliśmy nawet wciągnąć w tę zabawę nasze psy, ale czworonogi dość szybko dały nam do zrozumienia, że pływanie pod prąd to nie ich bajka i zdecydowanie wolą spanko w kamperze. Zrobiliśmy więc sprawiedliwy podział obowiązków: psiaki odpoczywały w cieniu, a my łapaliśmy balans na wodzie.

    Nie brakowało też akcentów rowerowych. Jednego dnia wybraliśmy się na dłuższą wycieczkę po okolicy, a naszym głównym celem stał się kultowy kemping Inter Nos. Żeby się na niego dostać, trzeba przejechać promem na wyspę, co samo w sobie było świetną przygodą! Objechaliśmy teren, obczajyliśmy okolicę i zyskaliśmy kolejny świetny punkt na mapie naszych przyszłych podróży.

    @livefully_pl

    Norwegia? Nie, to okolice Gudowa! 🇳🇴❌🇵🇱 Kiedy myślałam, że takie klimatyczne przeprawy promowe są tylko w Skandynawii, trafiamy na coś takiego!😱 Czy wiedzieliście, że żeby dostać się na camping, trzeba wjechać autem na prom? #camping #pojezierzedrawskie

    ♬ Pearls in Her Hair – Omega

    Wieczory nosiły już tylko jedną nazwę: grill i relaks. Zapach jedzenia z rusztu, zachodzące słońce nad jeziorem, spakowane psy drzemiące u naszych stóp i brak jakiegokolwiek pośpiechu. Jezioro Lubie okazało się genialnym, cichym i niezwykle przyjaznym miejscem na taki mikrowyjazd. Wróciliśmy do domu z naładowanymi bateriami, lekko zmęczeni od rowerów i pływania, ale przede wszystkim z głowami pełnymi spokoju.

  • Włoskie słońce, alpejskie szczyty i wiedeńskie metro, czyli nasza wielka wakacyjana kamperowa przygoda!

    Stało się! Gdy tylko w szkołach wybrzmiał ostatni dzwonek, a dziewczynki odebrały świadectwa, my już mieliśmy spakowanego kampera. Szybki buziak dla codziennej rutyny i ruszamy w trasę! Kierunek? Słoneczna Italia.

    Przejechaliśmy Polskę, Słowację i Austrię. Mieliśmy chytry plan, żeby całą Austrię przeskoczyć nocą, kiedy ruch jest znikomy. Udało się idealnie – około 3:00 nad ranem przekroczyliśmy granicę włoską i zrobiliśmy szybką pauzę na nocleg tuż za nią. O 8:00 rano byliśmy już w drodze na nasz główny cel: Camping Lido w Lazise nad jeziorem Garda.

    Check-in mieliśmy przewidziany niezwykle wcześnie, bo między 11:00 a 13:00. Na miejsce dotarliśmy idealnie w okienku! Dostaliśmy kilka parceli do wyboru, sprawnie rozstawiliśmy nasz obóz i… oficjalnie rozpoczęliśmy nasze włoskie wakacje!

    Część 1: Słoneczna Garda – cytrynowy vibe, skoki do wody i motorówka

    Gorąc towarzyszył nam od pierwszego dnia. W zasadzie przez cały pobyt nad Gardą przeżyliśmy w strojach kąpielowych. Pierwsze 3 dni postawiliśmy na całkowitą aklimatyzację – nie ruszaliśmy się poza teren campingu. Basen, jezioro, pyszne jedzonko i absolutny luz.

    Gdy ładowarki baterii naładowały się do pełna, zrzuciliśmy rowery z bagażnika i ruszyliśmy na podbój okolicy!

     Peschiera del Garda: Urocze miasteczko, wąskie uliczki i niesamowity klimat. Całe jezioro Garda ma zresztą cudowny, „cytrynowy vibe” (słynne Limone zrobiło swoje i ta stylistyka opanowała cały region!).

     Ścieżki rowerowe: Tuż przy samym jeziorze są po prostu genialne. Woda w jeziorze była czysta, ciepła, a widok z wody na majaczące w oddali góry – bezcenny.

    Działo się też sporo na wodzie! Pływaliśmy na SUP-ie, a dziewczyny z pasją nurkowały. Pewnego dnia zrobiliśmy sobie jednak prawdziwy prezent i wypożyczyliśmy motorówkę. Popłynęliśmy z naszego Campingu Lido w stronę charakterystycznej, żółtej willi, przy której często wodują łodzie. Wiatr we włosach, turkus wody i widok na wybrzeże z perspektywy jeziora – to była absolutnie genialna przygoda!

    Oczywiście nie obeszło się bez wizyty w samym Lazise na zakupy i najlepsze włoskie lody.

    Niezwykłe było też obserwowanie klimatu wokół jeziora. W zależności od pogody i przejrzystości powietrza – góry raz były ostre jak na dłoni, innym razem kryły się za tajemniczą mgłą. Każdego dnia, stojąc w tym samym miejscu, patrzyliśmy na zupełnie inny krajobraz.

    Część 2: Krótki (za krótki!) zachwyt w Dolomitach

    Po 6 wspaniałych nocach spakowaliśmy manatki i skierowaliśmy się w góry. Nasz cel: Caravan Park Sexten w Dolomitach.

    Już samo przebywanie w takim otoczeniu sprawia, że człowiek głęboko oddycha i wypoczywa. Góry dosłownie wchodzą do kampera! Ponieważ wpadliśmy tu na krótko, szybko wskoczyliśmy na rowery i zrobiliśmy przejażdżkę w kierunku miejscowości Moos.

    Po drodze natknęliśmy się na kolejkę górską. Decyzja mogła być tylko jedna: wjeżdżamy na górę! Widoki ze szczytu były jak z widokówki – soczysta zieleń, przestrzenie i alpejskie krówki skubiące trawę. Wieczorem zregenerowaliśmy mięśnie na campingowych basenach.

    To był zdecydowanie za krótki przystanek. Dolomity rozbudziły nasz apetyt i już wiemy, że musimy tam wrócić na dłużej!

    Część 3: Wiedeń z perspektywy roweru, metra i… chińskiej restauracji!

    Z chłodniejszych gór ruszyliśmy do stolicy Austrii. W Wiedniu zameldowaliśmy się na campingu zlokalizowanym bezpośrednio na Wyspie Dunajskiej.

     Dzień 1: Zaraz po przyjeździe wyciągnęliśmy rowery i ruszyliśmy pod wieżę widokową Donauturm. Panorama miasta powala! Znaleźliśmy tam nawet wielką zjeżdżalnię na zewnątrz wieży, ale (tym razem!) zabrakło nam odrobiny odwagi na taki zjazd. Wróciliśmy na camping, zjedliśmy kolację i padliśmy jak kawki.

     Dzień 2: Dzień pod hasłem shopping i zwiedzanie najważniejszych punktów na mapie Wiednia!

    Przemieszczaliśmy się metrem i autobusami – komunikacja miejska w Wiedniu to czysta przyjemność. Gdy byliśmy w środku eksploracji miasta, złapała nas solidna ulewa. Przeczekaliśmy ją w lokalnej chińskiej restauracji (zawsze spoko opcja na deszcz!), po czym ruszyliśmy na podbój sklepów: Hollister, Subdued, Urban Outfitters, Zara… Dziewczyny były w wniebowzięte! Zaliczyliśmy też słynny taras widokowy na budynku IKEA.

    Część 4: Słodkie zakończenie w Energylandii

    Zadowoleni, spakowani i pełni wrażeń ruszyliśmy w stronę Polski, ale to nie był jeszcze koniec atrakcji. Przystanek końcowy: Energylandia w Zatorze!

    Uwielbiamy tutejszy camping, bo ma jedno genialne udogodnienie – wyjście z campingu prowadzi bezpośrednio na teren parku rozrywki. Dziewczynki mogły same wchodzić, wychodzić i czuć się całkowicie swobodnie, a my dołączyliśmy do nich chwilę później. Zabawa, jak zawsze w tym miejscu, była przednia!

    Spędziliśmy tam 2 noce, wykrzyczeliśmy się na roller coasterach i z wielkimi uśmiechami na twarzach wróciliśmy do domu.

    To była wycieczka idealna: połączyliśmy beztroski chill nad Gardą, górskie widoki w Dolomitach, miejski vibe Wiednia i szaleństwo w parku rozrywki. Kamper po raz kolejny dał nam niesamowitą wolność!

  • Tygodniowy wypad na południe Polski

    Siedem dni, ponad tysiąc kilometrów, pięć różnych przystanków i absolutne zero dziecięcego marudzenia z tylnego siedzenia. Nasz tygodniowy wypad na południe Polski miał jedno główne zadanie: reset, koncertowy żywioł i odrobinę górskiej satysfakcji.

    Wyjechaliśmy w niedzielę, stawiając na miękkie lądowanie. Pierwszy przystanek to Gorący Potok w Szaflarach – idealne miejsce, żeby zrzucić z siebie codzienny stres i trochę się zrelaksować w gorących źródłach. Noc spędziliśmy na tamtejszym kempingu, doładowując baterie przed górskim wyzwaniem.

    Poniedziałek powitał nas słońcem i pierwszym konkretnym celem z listy: zdobyciem Lubomira, należącego do Korony Gór Polski. Auto zostawiliśmy na parkingu i ruszyliśmy w górę. Szlak okazał się wyjątkowo przyjemny, pełen tablic z ciekawostkami astronomicznymi (w końcu na szczycie stoi słynne obserwatorium!). Pieczątka trafiła do książeczki, a my ruszyliśmy prosto w stronę Krakowa.

    W stolicy Małopolski zameldowaliśmy się na kempingu, który stał się naszą bazą na kolejne dwie noce. Poniedziałkowy wieczór przeznaczyliśmy na klasykę: powolny spacer po Rynku, obiad z widokiem na Sukiennice i obowiązkową wizytę na Kazimierzu. Wybór na kolację mógł być tylko jeden – kultowe zapiekanki z Okrąglaka na Placu Nowym (Bar Endzior jak zwykle trzyma poziom!).

    Wtorek to był dzień, na który czekaliśmy najbardziej. Pojechaliśmy tramwajem do TAURON Areny na potężny zestaw lost gereration. Najbardziej wyczekiwalismy  Papa Roach oraz The Offspring. Koncert wyszedł surowo, energicznie, a atmosfera na płycie była po prostu genialna. Prawdziwa przygoda zaczęła się jednak po imprezie. Złapanie Ubera graniczyło z cudem, więc postawiliśmy na miejskie hulajnogi. Nawigacja uznała, że ma poczucie humoru i poprowadziła nas na skróty przez wyboiste, ciemne ścieżki – nocna jazda bez trzymanki, ale wspomnienia nie do podrobienia!

    Środa stała pod znakiem zmiany rejonu i kolejnego górskiego akcentu. Naszym celem stała się Wielka Sowa w Górach Sowich. Po sprawnym podejściu, podziwianiu widoków ze szczytu i zbiciu kolejnej pieczątki do KGP, mieliśmy w planach nocleg na dziko. Miejsce, które wybraliśmy, jakoś nam jednak nie podeszło. Szybka decyzja: przenosimy się na kemping, na którym kiedyś już byliśmy. Na stronie wyglądał na mocno rozwinięty i na miejscu potwierdziliśmy to w 100%. Spędziliśmy tam dwie fantastyczne noce. Był totalny chillout, podziwianie malowniczych zachodów słońca, niespieszne spacery ścieżkami pośród pól zbóż i czerwonych maków, a na dobicie regeneracji – gorąca sauna.

    W piątek rano ruszoną trasą obraliśmy kierunek na Leszno i tamtejsze pokazy Antidotum Airshow. Zająwszy świetne miejsce na kempingu tuż przy samym lotnisku, rozłożyliśmy się z zamiarem totalnego lenistwa – bilety na teren imprezy mieliśmy dopiero na sobotę. Żar lał się z nieba, więc nasza przenośna kostkarka do lodu pracowała na maksymalnych obrotach, schładzając drinki. Około 18:00 niebo się jednak załamało. Najpierw runął deszcz, chwilę później nadciągnęła potężna burza i w sieci pojawiły się oficjalne komunikaty o odwołaniu piątkowych pokazów nocnych.

    Naczęstowani pogodowym rozczarowaniem, czekaliśmy na sobotę – i opłaciło się z nawiązką! Sobotnie pokazy lotnicze wynagrodziły nam piątkowy deszcz z nawiązką. Akrobacje, światła, pirotechnika na niebie i ryk silników zrobiły potężne wrażenie.

    W niedzielę, po leniwym śniadaniu na kempingu, spakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wracaliśmy super zadowoleni, naładowani pozytywną energią i… nie ukrywamy, mocno stęsknieni za dziećmi. To był idealny, intensywny i różnorodny tydzień!

  • Majówka 2026 nad jeziorem Bohinj – Nasza rodzinna wyprawa do serca Alp Julijskich

    Są takie miejsca na świecie, o których marzy się miesiącami, a zdobycie tam rezerwacji graniczy z cudem. Tak właśnie jest z kempingiem nad jeziorem Bohinj w Słowenii – prawdopodobnie najpiękniej położonym kempingiem w całej Europie.

    Jak nam się udało tam dostać? Rezerwacje na sezon 2026 ruszały w momencie, gdy byliśmy… w samolocie, wracając z egzotycznej Tajlandii. Maciej, nie tracąc zimnej krwi, wykupił samolotowe Wi-Fi i z wysokości kilku tysięcy metrów nad ziemią wyklikał dla nas wymarzoną parcelę w pierwszej linii brzegu, z bezpośrednim widokiem na turkusową taflę jeziora i surowe szczyty gór. Plan na majówkę był gotowy!

    Przystanek 1: Nocna trasa i szybki stopover na Węgrzech

    Wyruszyliśmy w piątek, 24 kwietnia. Przed nami była długa droga, więc zaplanowaliśmy nocleg tranzytowy na Węgrzech. Na tamtejszy Stellplatz (camperplatz) dotarliśmy około 3:00 w nocy. Szybka opłata (ok. 70 zł), parę godzin regeneracyjnego snu i po pożywnym śniadaniu byliśmy gotowi na dalszą drogę w stronę słoweńskiej granicy.

    Przystanek 2: Podziemny świat Postojnej

    Zanim dotarliśmy nad Bohinj, postanowiliśmy odwiedzić jedną z największych atrakcji Słowenii – Jaskinię Postojną (Postojna Jama). Zatrzymaliśmy się na usytuowanym blisko natury kempingu w okolicy. Dzień minął nam na chillu i rodzinnej wycieczce rowerowej do pobliskiego miasteczka po uzupełnienie zapasów.

    Następnego dnia rano podjechaliśmy na parking przy samej jaskini. Bilety kupiliśmy wcześniej przez internet na godzinę 10:30 (co gorąco polecamy, by uniknąć kolejek!)

    Ciekawostka: Jaskinia Postojna ma aż 24 kilometry podziemnych korytarzy i drążona była przez rzekę Pivkę przez miliony lat! Największą frajdą dla dzieci (i dla nas też!) był przejazd podziemną kolejką elektryczną – to jedyna taka trasa na świecie. Wewnątrz podziwialiśmy monumentalne stalagmity oraz słynnego Odszczepieńca Jaskiniowego (Protéus), nazywanego „ludzką rybką” – niesamowite stworzenie, które żyje wyłącznie w podziemnych wodach i potrafi przetrwać bez jedzenia nawet kilka lat!

    W drodze nad Bohinj: Sentymentalny Bled

    Po zwiedzeniu jaskini wróciliśmy do kampera i obraliśmy kierunek na cel główny. Po drodze mijaliśmy słynne Jezioro Bled. Była to dla nas wyjątkowa chwila – odwiedziliśmy to miejsce dokładnie 2 lata wcześniej, więc w sercach pojawiła się spora nutka sentymentu. Bo to była nasza pierwsza wyprawa nowym dużym Kamperem.

    Gdy w końcu dotarliśmy nad Jezioro Bohinj i wjechaliśmy na naszą parcelę w pierwszej linii brzegu… dosłownie odjęło nam mowę. Wstać rano, otworzyć drzwi kampera i patrzeć na krystalicznie czystą wodę otoczoną potężnymi szczytami Alp Julijskich – to doświadczenie, dla którego warto podróżować na koniec świata.

    Dzień 1: Wyprawa nad Wodospad Savica

    Na pierwszy ogień wybraliśmy się zobaczyć spektakularny Wodospad Savica (Slap Savica) – jedno z głównych źródeł zasilających jezioro Bohinj.

     Dojazd rowerem: Z kempingu to przyjemna, choć stopniowo pnąca się w górę trasa rowerowa o długości około 7–8 km (ok. 30–40 minut spokojnej jazdy).

     Podejście piesze: Od parkingu czekało nas podejście po kamiennych stopniach. To około 500 schodków (ok. 20-25 minut spaceru w górę przez piękny, bukowy las).

     Ciekawostka: Wodospad wyływa z pionowej ściany skalnej na wysokości 78 metrów i wypływa z podziemnego jeziora uwięzionego wewnątrz góry! Widok wody wpadającej do szmaragdowej kaskady jest po prostu bajkowy.

    Dzień 2: Miasteczko i zasłużony chillout

    Kolejny dzień minął pod znakiem pełnego relaksu. Wyruszyliśmy na niespieszną przejażdżkę rowerową wzdłuż brzegu jeziora do pobliskiego miasteczka, gdzie rozkoszowaliśmy się kawą, lokalnymi przysmakami i brakiem jakiegokolwiek pośpiechu oraz zrobiliśmy zakupy.

    Dzień 3: Deszczowy dzień, włoska pizza i mistyczna mgła

    Trzeciego dnia pogoda postanowiła pokazać swoje drugie, surowe oblicze – padało od samego rana do wieczora. Zamiast jednak narzekać, urządziliśmy sobie przytulny dzień w kamperze. Naszą główną atrakcją była pizza z lokalnego baru – wyszła niesamowicie przepyszna!

    A kiedy deszcz powoli ustawał, nad jeziorem zaczął się prawdziwy spektakl natury. Unoszące się nad wodą gęste pasma mgły, przeplatane zarysami gór, stworzyły niesamowity, tajemniczy klimat, którego nie zapomnimy nigdy.

    Dzień 4: Wjazd kolejką na Vogel i śnieg w majówkę!

    Kiedy niebo się przejaśniło, wybraliśmy się na szczyt Vogel. Wjechaliśmy kolejką linową na górę, skąd rozpościera się absolutnie genialny panoramiczny widok na całe jezioro Bohinj oraz najwyższy szczyt Słowenii – Triglav.

    Na górze czekała na nas niespodzianka – sporo zimowego śniegu! Zrobiliśmy mnóstwo pamiątkowych zdjęć, pospacerowaliśmy po górskich ścieżkach i nacieszyliśmy oczy alpejską przestrzenią.

    Dzień 5: Szlakiem Złotoroga (Zlatorog)

    Ten dzień był dedykowany dzieciom. Wybraliśmy się na rodzinną ścieżkę dydaktyczno-przygodową „Zlatorogowa dežela” (Kraina Złotoroga) w Ukanc.

    To cudowna, około 2-kilometrowa trasa pełna zagadek, drewnianych rzeźb i zadań interaktywnych nawiązujących do legendy o Złotorogu – magicznym koziorożcu ze złotymi rogami, który według podań strzegł skarbów w Alpach Julijskich. Dzieci były zachwycone, a po południu podjechaliśmy jeszcze raz do miasteczka na spacer.

    Dzień 6: Moja samotna wyprawa – Trekking przez Dolinę Voje do Wąwozu Mostnica

    Kolejnego dnia zaplanowaliśmy wycieczkę rowerową do urokliwej wsi Stara Fužina. Po wspólnych lodach postanowiłam, że muszę zdobyć Wąwóz Mostnica (Mostnica Mostnik). Ponieważ reszta rodziny wolała odpocząć nad wodą, wsiadłam na rower, dojechałam do punktu startowego i ruszyłam na samotny trekking.

    I to była genialna decyzja!

     Przeszłam łącznie ponad 10 km trasą prowadzącą przez malowniczy wąwóz z niesamowicie wyżłobionymi skałami (poszukajcie skały wyglądającej jak „mały słoń”!), a następnie przez cudowną, zieloną Dolinę Voje.

     Celem wędrówki był wodospad Slap Mostnica (Voje) na końcu doliny.

     Krystaliczna, turkusowa woda, cisza, zapach lasu i otaczające łąki sprawiły, że był to jeden z najpiękniejszych trekkingów.

    Dzień 7: Pakowanie i droga do domu

    Ostatni dzień to czas powolnego pakowania, ale i łapania ostatnich chwil.

    Podsumowanie

    Podróżowaliśmy po wielu miejscach w Europie, ale kemping nad jeziorem Bohinj bije wszystko na głowę pod względem widoku z parceli. To idealne miejsce na aktywny, a zarazem bliski naturze rodzinny wypoczynek. SUP, rowery, górskie trekkingi, krystaliczna woda i niepowtarzalny klimat Słowenii sprawiły, że ta majówka przejdzie do naszej rodzinnej historii jako jedna z najpiękniejszych!

    Byliśmy już na Slownii 3 razy, za kazdym razem odkrywamy cos nowego i za kazdym razem mamy niedosyt:)

    Słowenio, jeszcze tu wrócimy! ❤️

  • Tajlandia 2026

    Przełom stycznia i lutego 2026 roku przyniósł Naszej rodzinie przygodę życia. Wyszłyśmy z domu w piątkowy poranek, zaczynając podróż z Gdańska przez Monachium i Bangkok aż na Phuket. Trasa była długa i męcząca, ale lot z Monachium dwupokładowym gigantem – Airbusem A380-800 (największym pasażerskim samolotem świata) – robił wrażenie. Na miejsce dotarłyśmy w sobotni wieczór.

    Phuket i wyprawa na Phi Phi

     Stardock & Relax: Dwie pierwsze noce spędziliśmy w hotelu Novotel na Phuket, regenerując siły po podróży, jedząc pyszne śniadania i zwiedzając urokliwe Old Town.

     Rejs na Phi Phi: Z portu (gdzie oznaczono Nas naklejkami, by nikt nie pomylił kierunków) wyruszyłyście w 2-3 godzinny rejs promem (Phuket Ferry). Po uiszczeniu opłaty turystycznej wypatrzyliśmy chłopaka z tabliczką hotelu Relax Beach Resort. Do ukrytego w zatoczce resortu można było dostać się wyłącznie łodzią typu Longtail.

     Morska przygoda: Całodniowa wycieczka (6 miejsc: Maya Bay, Bamboo Beach, Monkey Beach, Pileh Lagoon, Viking Cave i inne) dostarczyła emocji. Siedzenie w pierwszym rzędzie łodzi oznaczało ciągłe uderzenia fal w oczy!

     Maya Bay: Wymarzone miejsce powitało Was ok. 13:00 – tłum już odpłynął, a My miałyście swój idealny moment na zdjęcia.

     Wieczorny chill: Powrót na wyspę, koktajle, punkt widokowy na zachód słońca, plaża i widowiskowy show ognia. Co ciekawe, to właśnie na Phi Phi jedzenie smakowało najlepiej, mimo że każdy składnik dopływał tam łodziami.

    Koh Lanta – wyspiarski spokój

    Prom na Koh Lantę przyniósł nagłą zmianę planów – w trakcie rejsu upolowaliśmy na Booking idealną ofertę w miasteczku Trang (Dugong). Zanim jednak tam dotarliśmy, spędziłyście na Koh Lancie 4 relaksujące dni:

     Wycieczka 4 Islands: Zachwycająca plaża na Koh Kradan oraz przepłynięcie 70-metrowego, ciemnego tunelu do ukrytej Smoczej Laguny (Emerald Cave / Koh Mook) i snorkelling.

     Dni bez pośpiechu: Spacer po Walking Street, basen, pranie, plażowanie i zachody słońca. Wycieczka do słoni nie doszła do skutku przez przeoczenie organizatorów („przepraszamy, zapomnieliśmy o Was!”), ale nie zepsuło to nam humorów.

    Dugong (Trang) – dzika Tajlandia

    Transport do miasteczka okazał się małą łamigłówką – taksówkarz czekał po drugiej stronie portu, a my w innym porcie;), więc trzeba było dodatkowo dopłynąć i podjechać, ale w końcu się udało. 2-godzinna trasa prowadziła przez zupełnie inny, dziki krajobraz gęstych palm.

    Po dotarciu do Dugong czekał na nas  Apartament z widokiem: Sypialnia dla nas, druga dla dziewczynek, a z tarasu – nieziemski widok na palmy i pasące się krówki. Po tygodniu tajskiej kuchni wypieczona na miejscu pizza z pieca smakowała obłędnie!

     Baan Nam Raj & Lokalsi: Rejs łodzią po lasach namorzynowych i wspinaczka na górkę w klapkach (na szczęście bez kontuzji). Nikt nie mówił po angielsku, ale Wasz taksówkarz okazał serce – został i robił za tłumacza.

     Eksploracja okolicy: Dziki Park Narodowy (prawie bez ludzi, tylko z kilkoma małpami), ubogie miasteczko, powrót tuk-tukiem, a kolejnego dnia oceanarium, park z wiszącymi mostami w koronach drzew, miasteczko Trang i jego słynny, nieco zabawny wieżowy zegar.

    Powrót na Phuket i finał

    Po 4-godzinnej jeździe taksówką wróciłyście na Phuket na ostatnie 2 noce:

     Słonie i woda: Wizyta w etycznym sanktuarium słoni (karmienie i poznawanie ich historii) oraz szalona zabawa w parku wodnym Andamanda Water Park przyniosła niesamowite wrażenia.

     Ostatnie akcenty: Pyszne amerykańskie śniadania (jajka, kiełbaski, bekon), zakupy na lokalnym markecie hurtowym (przyprawy i pamiątki), obiad w Pizza Point i taksówka na lotnisko.

    Na lotnisku wpadły jeszcze miękkie poduszki podróżne oraz magnesy, po czym wsiedliśmy w samolot z Phuket do Bangkoku, rozpoczynając drogę powrotną do domu z głową pełną wspomnień