Tygodniowy wypad na południe Polski

Siedem dni, ponad tysiąc kilometrów, pięć różnych przystanków i absolutne zero dziecięcego marudzenia z tylnego siedzenia. Nasz tygodniowy wypad na południe Polski miał jedno główne zadanie: reset, koncertowy żywioł i odrobinę górskiej satysfakcji.

Wyjechaliśmy w niedzielę, stawiając na miękkie lądowanie. Pierwszy przystanek to Gorący Potok w Szaflarach – idealne miejsce, żeby zrzucić z siebie codzienny stres i trochę się zrelaksować w gorących źródłach. Noc spędziliśmy na tamtejszym kempingu, doładowując baterie przed górskim wyzwaniem.

Poniedziałek powitał nas słońcem i pierwszym konkretnym celem z listy: zdobyciem Lubomira, należącego do Korony Gór Polski. Auto zostawiliśmy na parkingu i ruszyliśmy w górę. Szlak okazał się wyjątkowo przyjemny, pełen tablic z ciekawostkami astronomicznymi (w końcu na szczycie stoi słynne obserwatorium!). Pieczątka trafiła do książeczki, a my ruszyliśmy prosto w stronę Krakowa.

W stolicy Małopolski zameldowaliśmy się na kempingu, który stał się naszą bazą na kolejne dwie noce. Poniedziałkowy wieczór przeznaczyliśmy na klasykę: powolny spacer po Rynku, obiad z widokiem na Sukiennice i obowiązkową wizytę na Kazimierzu. Wybór na kolację mógł być tylko jeden – kultowe zapiekanki z Okrąglaka na Placu Nowym (Bar Endzior jak zwykle trzyma poziom!).

Wtorek to był dzień, na który czekaliśmy najbardziej. Pojechaliśmy tramwajem do TAURON Areny na potężny zestaw lost gereration. Najbardziej wyczekiwalismy  Papa Roach oraz The Offspring. Koncert wyszedł surowo, energicznie, a atmosfera na płycie była po prostu genialna. Prawdziwa przygoda zaczęła się jednak po imprezie. Złapanie Ubera graniczyło z cudem, więc postawiliśmy na miejskie hulajnogi. Nawigacja uznała, że ma poczucie humoru i poprowadziła nas na skróty przez wyboiste, ciemne ścieżki – nocna jazda bez trzymanki, ale wspomnienia nie do podrobienia!

Środa stała pod znakiem zmiany rejonu i kolejnego górskiego akcentu. Naszym celem stała się Wielka Sowa w Górach Sowich. Po sprawnym podejściu, podziwianiu widoków ze szczytu i zbiciu kolejnej pieczątki do KGP, mieliśmy w planach nocleg na dziko. Miejsce, które wybraliśmy, jakoś nam jednak nie podeszło. Szybka decyzja: przenosimy się na kemping, na którym kiedyś już byliśmy. Na stronie wyglądał na mocno rozwinięty i na miejscu potwierdziliśmy to w 100%. Spędziliśmy tam dwie fantastyczne noce. Był totalny chillout, podziwianie malowniczych zachodów słońca, niespieszne spacery ścieżkami pośród pól zbóż i czerwonych maków, a na dobicie regeneracji – gorąca sauna.

W piątek rano ruszoną trasą obraliśmy kierunek na Leszno i tamtejsze pokazy Antidotum Airshow. Zająwszy świetne miejsce na kempingu tuż przy samym lotnisku, rozłożyliśmy się z zamiarem totalnego lenistwa – bilety na teren imprezy mieliśmy dopiero na sobotę. Żar lał się z nieba, więc nasza przenośna kostkarka do lodu pracowała na maksymalnych obrotach, schładzając drinki. Około 18:00 niebo się jednak załamało. Najpierw runął deszcz, chwilę później nadciągnęła potężna burza i w sieci pojawiły się oficjalne komunikaty o odwołaniu piątkowych pokazów nocnych.

Naczęstowani pogodowym rozczarowaniem, czekaliśmy na sobotę – i opłaciło się z nawiązką! Sobotnie pokazy lotnicze wynagrodziły nam piątkowy deszcz z nawiązką. Akrobacje, światła, pirotechnika na niebie i ryk silników zrobiły potężne wrażenie.

W niedzielę, po leniwym śniadaniu na kempingu, spakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wracaliśmy super zadowoleni, naładowani pozytywną energią i… nie ukrywamy, mocno stęsknieni za dziećmi. To był idealny, intensywny i różnorodny tydzień!