Włoskie słońce, alpejskie szczyty i wiedeńskie metro, czyli nasza wielka wakacyjana kamperowa przygoda!

Stało się! Gdy tylko w szkołach wybrzmiał ostatni dzwonek, a dziewczynki odebrały świadectwa, my już mieliśmy spakowanego kampera. Szybki buziak dla codziennej rutyny i ruszamy w trasę! Kierunek? Słoneczna Italia.

Przejechaliśmy Polskę, Słowację i Austrię. Mieliśmy chytry plan, żeby całą Austrię przeskoczyć nocą, kiedy ruch jest znikomy. Udało się idealnie – około 3:00 nad ranem przekroczyliśmy granicę włoską i zrobiliśmy szybką pauzę na nocleg tuż za nią. O 8:00 rano byliśmy już w drodze na nasz główny cel: Camping Lido w Lazise nad jeziorem Garda.

Check-in mieliśmy przewidziany niezwykle wcześnie, bo między 11:00 a 13:00. Na miejsce dotarliśmy idealnie w okienku! Dostaliśmy kilka parceli do wyboru, sprawnie rozstawiliśmy nasz obóz i… oficjalnie rozpoczęliśmy nasze włoskie wakacje!

Część 1: Słoneczna Garda – cytrynowy vibe, skoki do wody i motorówka

Gorąc towarzyszył nam od pierwszego dnia. W zasadzie przez cały pobyt nad Gardą przeżyliśmy w strojach kąpielowych. Pierwsze 3 dni postawiliśmy na całkowitą aklimatyzację – nie ruszaliśmy się poza teren campingu. Basen, jezioro, pyszne jedzonko i absolutny luz.

Gdy ładowarki baterii naładowały się do pełna, zrzuciliśmy rowery z bagażnika i ruszyliśmy na podbój okolicy!

 Peschiera del Garda: Urocze miasteczko, wąskie uliczki i niesamowity klimat. Całe jezioro Garda ma zresztą cudowny, „cytrynowy vibe” (słynne Limone zrobiło swoje i ta stylistyka opanowała cały region!).

 Ścieżki rowerowe: Tuż przy samym jeziorze są po prostu genialne. Woda w jeziorze była czysta, ciepła, a widok z wody na majaczące w oddali góry – bezcenny.

Działo się też sporo na wodzie! Pływaliśmy na SUP-ie, a dziewczyny z pasją nurkowały. Pewnego dnia zrobiliśmy sobie jednak prawdziwy prezent i wypożyczyliśmy motorówkę. Popłynęliśmy z naszego Campingu Lido w stronę charakterystycznej, żółtej willi, przy której często wodują łodzie. Wiatr we włosach, turkus wody i widok na wybrzeże z perspektywy jeziora – to była absolutnie genialna przygoda!

Oczywiście nie obeszło się bez wizyty w samym Lazise na zakupy i najlepsze włoskie lody.

Niezwykłe było też obserwowanie klimatu wokół jeziora. W zależności od pogody i przejrzystości powietrza – góry raz były ostre jak na dłoni, innym razem kryły się za tajemniczą mgłą. Każdego dnia, stojąc w tym samym miejscu, patrzyliśmy na zupełnie inny krajobraz.

Część 2: Krótki (za krótki!) zachwyt w Dolomitach

Po 6 wspaniałych nocach spakowaliśmy manatki i skierowaliśmy się w góry. Nasz cel: Caravan Park Sexten w Dolomitach.

Już samo przebywanie w takim otoczeniu sprawia, że człowiek głęboko oddycha i wypoczywa. Góry dosłownie wchodzą do kampera! Ponieważ wpadliśmy tu na krótko, szybko wskoczyliśmy na rowery i zrobiliśmy przejażdżkę w kierunku miejscowości Moos.

Po drodze natknęliśmy się na kolejkę górską. Decyzja mogła być tylko jedna: wjeżdżamy na górę! Widoki ze szczytu były jak z widokówki – soczysta zieleń, przestrzenie i alpejskie krówki skubiące trawę. Wieczorem zregenerowaliśmy mięśnie na campingowych basenach.

To był zdecydowanie za krótki przystanek. Dolomity rozbudziły nasz apetyt i już wiemy, że musimy tam wrócić na dłużej!

Część 3: Wiedeń z perspektywy roweru, metra i… chińskiej restauracji!

Z chłodniejszych gór ruszyliśmy do stolicy Austrii. W Wiedniu zameldowaliśmy się na campingu zlokalizowanym bezpośrednio na Wyspie Dunajskiej.

 Dzień 1: Zaraz po przyjeździe wyciągnęliśmy rowery i ruszyliśmy pod wieżę widokową Donauturm. Panorama miasta powala! Znaleźliśmy tam nawet wielką zjeżdżalnię na zewnątrz wieży, ale (tym razem!) zabrakło nam odrobiny odwagi na taki zjazd. Wróciliśmy na camping, zjedliśmy kolację i padliśmy jak kawki.

 Dzień 2: Dzień pod hasłem shopping i zwiedzanie najważniejszych punktów na mapie Wiednia!

Przemieszczaliśmy się metrem i autobusami – komunikacja miejska w Wiedniu to czysta przyjemność. Gdy byliśmy w środku eksploracji miasta, złapała nas solidna ulewa. Przeczekaliśmy ją w lokalnej chińskiej restauracji (zawsze spoko opcja na deszcz!), po czym ruszyliśmy na podbój sklepów: Hollister, Subdued, Urban Outfitters, Zara… Dziewczyny były w wniebowzięte! Zaliczyliśmy też słynny taras widokowy na budynku IKEA.

Część 4: Słodkie zakończenie w Energylandii

Zadowoleni, spakowani i pełni wrażeń ruszyliśmy w stronę Polski, ale to nie był jeszcze koniec atrakcji. Przystanek końcowy: Energylandia w Zatorze!

Uwielbiamy tutejszy camping, bo ma jedno genialne udogodnienie – wyjście z campingu prowadzi bezpośrednio na teren parku rozrywki. Dziewczynki mogły same wchodzić, wychodzić i czuć się całkowicie swobodnie, a my dołączyliśmy do nich chwilę później. Zabawa, jak zawsze w tym miejscu, była przednia!

Spędziliśmy tam 2 noce, wykrzyczeliśmy się na roller coasterach i z wielkimi uśmiechami na twarzach wróciliśmy do domu.

To była wycieczka idealna: połączyliśmy beztroski chill nad Gardą, górskie widoki w Dolomitach, miejski vibe Wiednia i szaleństwo w parku rozrywki. Kamper po raz kolejny dał nam niesamowitą wolność!