Europa

  • Hybrydowym katamaranem pod lodowiec, spotkanie z duchami komunizmu po drodze

    Zamiast wspinaczki i tropienia zwierząt – dzień na wodzie. Wsiedliśmy na pokład hybrydowego katamaranu i ruszyliśmy w stronę lodowca, mijając po drodze skalne klify obsypane maskonurami.  

    Maskonury to zdecydowanie najsympatyczniejsi mieszkańcy tutejszych klifów, z tym pomarańczowo-czerwonym dziobem, przez który zyskały przydomek „papug morskich”. Nurkują nawet do 60 metrów w głąb, sterując pod wodą skrzydłami niczym w locie, a nogami jak sterem. I ciekawostka, której się nie spodziewaliśmy: to gatunek monogamiczny – parę tworzą raz, w wieku około 5 lat, i zostają razem do końca życia.  

    Po drodze przepłynęliśmy też przy Pyramiden, opuszczonej sowieckiej osadzie górniczej, jednym z najbardziej surrealistycznych miejsc, jakie widzieliśmy w życiu. Na zboczu góry nad miasteczkiem wciąż widnieje ogromny napis „Миру мир” – „pokój światu”, hasło z czasów, gdy ta osada miała być pokazową wizytówką ZSRR w Arktyce. Pyramiden ma na koncie też kilka innych „najbardziej wysuniętych na północ” rekordów – najbardziej wysunięty na północ pomnik Lenina i najbardziej wysunięty na północ basen na świecie. Miasto zamknięto w 1998 roku, gdy kopalnia przestała się opłacać, od tamtej pory stoi praktycznie nietknięte, jak zamrożona kapsuła czasu.  

    Ale prawdziwa gwiazda dnia pojawiła się przy samym lodowcu, płetwal karłowaty, pływający tuż przy krawędzi lodu! To najmniejszy z płetwalów, i jak się okazuje, ma paskudną sławę wśród naukowców, z angielska nazywają go „stinky minke” (śmierdzący minke) z powodu zapachu jego wydechu przy wynurzeniu. Ale zobaczyć go w ogóle to i tak dawka szczęścia , wieloryby są bardzo płochliwe, wynurzają się na krótko i potrafią zniknąć, zanim ktokolwiek zdąży złapać aparat.  

    W drodze powrotnej załoga rozdała rozgrzewającą zupę, dokładnie to, czego trzeba po całym dniu na arktycznym wietrze, a na horyzoncie co chwilę pojawiały się kolejne lodowce, jakby cała trasa powrotna była jednym ciągłym pokazem lodu i gór. Wpłynęliśmy do portu, stamtąd prosto do hotelu.

    Po dopłynięciu do portu, ruszyliśmy jeszcze na spot na drugim końcu miasteczka by zrobić pamiątkowe fotki z niedźwiedziem

    Padliśmy spać wcześnie – kolejnego dnia czekał nas już powrót do domu.  

    Cztery dni, które minęły błyskawicznie, a jedyny niedźwiedź polarny jakiego widzieliśmy to ten na lotnisku.  

  • Polowanie… na zdjęcia. Lisy, renifery i ptaki, które naprawdę atakują…

    Pobudka o 7:00, śniadanie i o 8:00 pod hotel podjechał nasz przewodnik. Dziś zamiast wspinaczki czekało nas coś w rodzaju safari, tylko bez samochodu terenowego i bez lwów. Cel na dziś: dzika natura.  

    Arktyczny lis to jeden z zaledwie kilku ssaków lądowych, jakie w ogóle żyją na Svalbardzie, o czym się dowiedzieliśmy, w sierpniu wcale nie jest biały! Ten piękny, śnieżnobiały futer to strój zimowy, latem lisy przebierają się w brązowo-szarą „letnią sukienkę”, lepiej wtapiającą się w skały i tundrę. Na Svalbardzie nie ma lemingów (podstawowego pożywienia lisów na kontynencie), więc tutejsze lisy żyją głównie z ptaków, jaj i… padliny reniferów. To ostatnie okazało się kluczowe dla reszty poranka.  

    Po drodze do pierwszego „poligonu” mijaliśmy fragmenty wybrzeża i widoki na lodowiec w oddali – trudno się nie zatrzymywać co chwilę na zdjęcia, nawet zanim dotarliśmy do właściwego celu wycieczki.  

    Gdy tylko namierzyliśmy pierwszego lisa, ruszyliśmy w jego ślady, podążał w stronę drogi, najwyraźniej mając na oku stado gęsi (albo coś równie smacznego). Po drodze, co wcale nas nie zdziwiło po tym, czego się właśnie dowiedzieliśmy o diecie lisów, natrafiliśmy na szczątki martwego renifera, kości porozrzucane po tundrze to tutaj zupełnie normalny, stały element krajobrazu, nie coś niepokojącego. Taki jest po prostu obieg życia na Arktyce.  

    Kilka(naście) zdjęć później mieliśmy upolowanego lisa, a przynajmniej w naszych aparatach, bo żywy i cały pobiegł dalej swoimi sprawami.  

    Stamtąd ruszyliśmy szukać reniferów i długo nie musieliśmy czekać, bo już po chwili pojawił się przed nami piękny samiec. Reniferowi svalbardzkiemu daleko do swoich kuzynów z kontynentu – to najmniejszy podgatunek renifera na świecie, z charakterystycznie krótkimi nogami. Nie bez powodu: skoro nie muszą migrować na duże odległości (całe życie spędzają w tym samym miejscu), ewolucja „uznała”, że długie nogi to zbędny wydatek energetyczny – lepiej inwestować w gruby zapas tłuszczu na zimę. Pokręciliśmy się przy nim chwilę, robiąc zdjęcia z bezpiecznej odległości.  

    Ostatnim punktem programu były ptaki, a konkretniej te gatunki, przed którymi nawet miejscowi ostrzegają. Rybitwy popielate (i ich równie wojownicze kuzynki, wydrzyki) potrafią aktywnie atakować ludzi, którzy zbliżą się za bardzo do gniazda, nurkują, dziobią w głowę. Przy okazji: to właśnie rybitwa popielata ma na koncie rekord najdłuższej migracji ze wszystkich zwierząt na Ziemi, lata z bieguna na biegun, nawet do 90 000 km rocznie!  

    W poszukiwaniu ptaków pojechaliśmy na drugą stronę miasta, mijając po drodze ten słynny, instagramowy znak z niedźwiedziem polarnym na tle jeziora. 

    Resztę popołudnia spędziliśmy praktycznie, poszliśmy uzupełnić wodę w Svalbardbutikken. Przy wejściu wisiała kolejna typowa dla Svalbardu tabliczka, tym razem z przekreśloną bronią. Bo skoro prawie każdy poza miastem nosi karabin, to ktoś musiał w końcu napisać wprost: broń zostaje na zewnątrz, do sklepu wchodzimy bez niej.  

    A w środku kolejna ciekawostka: wodę nalewają tam za darmo, wystarczy przynieść własny pojemnik (nawet 5 litrów!). I to w tym samym miasteczku, gdzie produkuje się jedną z najdroższych wód na świecie, taką z topionych gór lodowych, po kilkaset złotych za butelkę. Niezły kontrast.  

  • Dzień, który nas pokonał (w najlepszym sensie). Kajaki i szczyt Hiorthfjellet/Adventtoppen

    Śniadanie o 7:00 – proste, ale w sam raz, żeby nabrać sił przed tym, co nas czekało (a czekało nas dużo, o czym jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy). Wychodząc z hotelu, na samym końcu drogi minęliśmy kolejny charakterystyczny dla Svalbardu znak ostrzegawczy, ten sam motyw niedźwiedzia polarnego, który towarzyszy tu praktycznie na każdym kroku poza granicami samego miasteczka. Dobre przypomnienie tuż przed dniem, w którym mieliśmy spędzić większość czasu właśnie poza tą granicą.

    O 8:00 podjechał po nas transport, a przywitał nas Bjørn – Norweg z uśmiechem od ucha do ucha i tym rodzajem spokoju, jaki mają chyba tylko ludzie, którzy na co dzień oswajają Arktykę. Bjørn, czyli dosłownie „niedźwiedź” po norwesku nomen omen, na wyjeździe, gdzie każdy marzy o spotkaniu prawdziwego.  

    Na miejscu spotkaliśmy resztę ekipy, z którą mieliśmy spędzić cały dzień – parę z USA, parę z Danii i Tarmo, samotnego Estończyka. Krótki briefing, zakładanie suchych kombinezonów Typhoon i w drogę!  

    Po wodzie płynęło się sprawnie. Moskonur kąpie się tuż przy kajakach, mnóstwo innych ptaków krążących nad nami. Trudno się skupić na wiosłowaniu, kiedy dookoła dzieje się tyle życia.  

    Po dotarciu na brzeg przewodnik załadował broń (obowiązkowa procedura na wypadek spotkania z niedźwiedziem) i całą grupą ruszyliśmy w głąb lądu. Zgodnie z opisem czekało nas 900 metrów podejścia szlakiem, oznaczonym jako poziom trudności 5/5. Szybko się okazało, że ten opis to było niedopowiedzenie – to nie był „hike”, to była prawdziwa wspinaczka. Ściany pokryte luźnymi kamieniami, szukanie odpowiedniego oparcia dla stopy przy każdym kroku, strome podejście testujące nie tylko nogi, ale i nerwy.  

    Na jednym z przystanków, łapiąc oddech, Tarmo opowiedział nam o swoim poprzednim dniu – właśnie wrócił z 4-dniowego spływu kajakowego ze spaniem w namiocie w okolicach Pyramiden, opuszczonej sowieckiej osady górniczej. Przy takiej historii nasza „wymagająca wyprawa” nagle wydała się o wiele skromniejsza.  

    Na szczycie – zasłużony posiłek, częściowo w chmurach, bo widoczność akurat postanowiła nas trochę oszukać. Za to przy zejściu wyszło słońce, jakby specjalnie czekało, aż zdobędziemy górę. Po drodze kilka przystanków na renifery, które przyglądały się nam równie zaciekawione, co my im, plus więcej ptaków i chwil, żeby po prostu złapać oddech i popatrzeć na krajobraz.  

    Po powrocie z kajaków – klasyk każdej takiej wyprawy: kąpiel w zatoce Isfjorden, prosto w kombinezonach kajakowych. Zimno i jednocześnie jeden z tych momentów, które zapamięta się na lata.  

    Padliśmy do łóżek wykończeni, ale z tym rodzajem zmęczenia, które oznacza, że dzień był naprawdę dobry.  

  • Lądujemy na końcu świata – witaj, Svalbardzie!  

    Nasza podróż z Gdańska na Svalbard wcale nie była prostym szlakiem – to były trzy loty w jeden dzień: Gdańsk -Kopenhaga – Oslo i wreszcie Longyearbyen, najdalej na północ wysunięte stałe miasto świata. Kilka godzin w powietrzu, dwie przesiadki, i ten moment, kiedy z okna samolotu zaczęliśmy widzieć pierwsze ośnieżone szczyty i lodowce Spitsbergenu w oddali – choć sama ziemia pod nami, tam gdzie lądowaliśmy, była zupełnie bez śniegu, brązowo-szara tundra.  

    Pierwsze, co zobaczyliśmy po wyjściu z samolotu? Ten słynny znak przed lotniskiem – strzałki z odległościami do różnych zakątków świata (Biegun Północny bliżej niż Warszawa!) i oczywiście ostrzeżenie przed niedźwiedziami polarnymi. I to nie jest żaden żart dla turystów – dowiedzieliśmy się, że na całym Svalbardzie żyje więcej niedźwiedzi polarnych niż ludzi.  

    Przy okazji odkryliśmy też ciekawostkę o samej nazwie miasta – „Longyearbyen” wcale nie jest w całości norweskim słowem. To imię i nazwisko: John Munro Longyear, amerykański biznesmen, który w 1906 roku założył tu kopalnię węgla. „Byen” to po norwesku po prostu „miasto”, więc cała nazwa znaczy dosłownie „miasto Longyeara”.  

    Z lotniska złapaliśmy autobus prosto do Coal Miners’ Cabins, gdzie kiedyś mieszkali górnicy, a dziś nocują turyści. Zameldowaliśmy się ekspresowo i poszliśmy do jedynego sklepu spożywczego na całym Svalbardzie, który zamykał się o 19:00.  

    Zakupy zrobiliśmy dosłownie tuż przed zamknięciem (i od razu nauczyliśmy się, że płaci się tu wyłącznie kartą – na całym Svalbardzie nie ma ani jednego bankomatu!).  

    Po powrocie – szybki prysznic i prosto do łóżka, choć za oknem wciąż było jasno jak w środku dnia (słońce o tej porze roku wogóle nie zachodzi). Kolejnego dnia 8:00 czekała na nas najbardziej wymagająca wyprawa całego wyjazdu – ale o tym w kolejnym poście! 🚣‍♂️ 🏔️

  • Majówka 2026 nad jeziorem Bohinj – Nasza rodzinna wyprawa do serca Alp Julijskich

    Są takie miejsca na świecie, o których marzy się miesiącami, a zdobycie tam rezerwacji graniczy z cudem. Tak właśnie jest z kempingiem nad jeziorem Bohinj w Słowenii – prawdopodobnie najpiękniej położonym kempingiem w całej Europie.

    Jak nam się udało tam dostać? Rezerwacje na sezon 2026 ruszały w momencie, gdy byliśmy… w samolocie, wracając z egzotycznej Tajlandii. Maciej, nie tracąc zimnej krwi, wykupił samolotowe Wi-Fi i z wysokości kilku tysięcy metrów nad ziemią wyklikał dla nas wymarzoną parcelę w pierwszej linii brzegu, z bezpośrednim widokiem na turkusową taflę jeziora i surowe szczyty gór. Plan na majówkę był gotowy!

    Przystanek 1: Nocna trasa i szybki stopover na Węgrzech

    Wyruszyliśmy w piątek, 24 kwietnia. Przed nami była długa droga, więc zaplanowaliśmy nocleg tranzytowy na Węgrzech. Na tamtejszy Stellplatz (camperplatz) dotarliśmy około 3:00 w nocy. Szybka opłata (ok. 70 zł), parę godzin regeneracyjnego snu i po pożywnym śniadaniu byliśmy gotowi na dalszą drogę w stronę słoweńskiej granicy.

    Przystanek 2: Podziemny świat Postojnej

    Zanim dotarliśmy nad Bohinj, postanowiliśmy odwiedzić jedną z największych atrakcji Słowenii – Jaskinię Postojną (Postojna Jama). Zatrzymaliśmy się na usytuowanym blisko natury kempingu w okolicy. Dzień minął nam na chillu i rodzinnej wycieczce rowerowej do pobliskiego miasteczka po uzupełnienie zapasów.

    Następnego dnia rano podjechaliśmy na parking przy samej jaskini. Bilety kupiliśmy wcześniej przez internet na godzinę 10:30 (co gorąco polecamy, by uniknąć kolejek!)

    Ciekawostka: Jaskinia Postojna ma aż 24 kilometry podziemnych korytarzy i drążona była przez rzekę Pivkę przez miliony lat! Największą frajdą dla dzieci (i dla nas też!) był przejazd podziemną kolejką elektryczną – to jedyna taka trasa na świecie. Wewnątrz podziwialiśmy monumentalne stalagmity oraz słynnego Odszczepieńca Jaskiniowego (Protéus), nazywanego „ludzką rybką” – niesamowite stworzenie, które żyje wyłącznie w podziemnych wodach i potrafi przetrwać bez jedzenia nawet kilka lat!

    W drodze nad Bohinj: Sentymentalny Bled

    Po zwiedzeniu jaskini wróciliśmy do kampera i obraliśmy kierunek na cel główny. Po drodze mijaliśmy słynne Jezioro Bled. Była to dla nas wyjątkowa chwila – odwiedziliśmy to miejsce dokładnie 2 lata wcześniej, więc w sercach pojawiła się spora nutka sentymentu. Bo to była nasza pierwsza wyprawa nowym dużym Kamperem.

    Gdy w końcu dotarliśmy nad Jezioro Bohinj i wjechaliśmy na naszą parcelę w pierwszej linii brzegu… dosłownie odjęło nam mowę. Wstać rano, otworzyć drzwi kampera i patrzeć na krystalicznie czystą wodę otoczoną potężnymi szczytami Alp Julijskich – to doświadczenie, dla którego warto podróżować na koniec świata.

    Dzień 1: Wyprawa nad Wodospad Savica

    Na pierwszy ogień wybraliśmy się zobaczyć spektakularny Wodospad Savica (Slap Savica) – jedno z głównych źródeł zasilających jezioro Bohinj.

     Dojazd rowerem: Z kempingu to przyjemna, choć stopniowo pnąca się w górę trasa rowerowa o długości około 7–8 km (ok. 30–40 minut spokojnej jazdy).

     Podejście piesze: Od parkingu czekało nas podejście po kamiennych stopniach. To około 500 schodków (ok. 20-25 minut spaceru w górę przez piękny, bukowy las).

     Ciekawostka: Wodospad wyływa z pionowej ściany skalnej na wysokości 78 metrów i wypływa z podziemnego jeziora uwięzionego wewnątrz góry! Widok wody wpadającej do szmaragdowej kaskady jest po prostu bajkowy.

    Dzień 2: Miasteczko i zasłużony chillout

    Kolejny dzień minął pod znakiem pełnego relaksu. Wyruszyliśmy na niespieszną przejażdżkę rowerową wzdłuż brzegu jeziora do pobliskiego miasteczka, gdzie rozkoszowaliśmy się kawą, lokalnymi przysmakami i brakiem jakiegokolwiek pośpiechu oraz zrobiliśmy zakupy.

    Dzień 3: Deszczowy dzień, włoska pizza i mistyczna mgła

    Trzeciego dnia pogoda postanowiła pokazać swoje drugie, surowe oblicze – padało od samego rana do wieczora. Zamiast jednak narzekać, urządziliśmy sobie przytulny dzień w kamperze. Naszą główną atrakcją była pizza z lokalnego baru – wyszła niesamowicie przepyszna!

    A kiedy deszcz powoli ustawał, nad jeziorem zaczął się prawdziwy spektakl natury. Unoszące się nad wodą gęste pasma mgły, przeplatane zarysami gór, stworzyły niesamowity, tajemniczy klimat, którego nie zapomnimy nigdy.

    Dzień 4: Wjazd kolejką na Vogel i śnieg w majówkę!

    Kiedy niebo się przejaśniło, wybraliśmy się na szczyt Vogel. Wjechaliśmy kolejką linową na górę, skąd rozpościera się absolutnie genialny panoramiczny widok na całe jezioro Bohinj oraz najwyższy szczyt Słowenii – Triglav.

    Na górze czekała na nas niespodzianka – sporo zimowego śniegu! Zrobiliśmy mnóstwo pamiątkowych zdjęć, pospacerowaliśmy po górskich ścieżkach i nacieszyliśmy oczy alpejską przestrzenią.

    Dzień 5: Szlakiem Złotoroga (Zlatorog)

    Ten dzień był dedykowany dzieciom. Wybraliśmy się na rodzinną ścieżkę dydaktyczno-przygodową „Zlatorogowa dežela” (Kraina Złotoroga) w Ukanc.

    To cudowna, około 2-kilometrowa trasa pełna zagadek, drewnianych rzeźb i zadań interaktywnych nawiązujących do legendy o Złotorogu – magicznym koziorożcu ze złotymi rogami, który według podań strzegł skarbów w Alpach Julijskich. Dzieci były zachwycone, a po południu podjechaliśmy jeszcze raz do miasteczka na spacer.

    Dzień 6: Moja samotna wyprawa – Trekking przez Dolinę Voje do Wąwozu Mostnica

    Kolejnego dnia zaplanowaliśmy wycieczkę rowerową do urokliwej wsi Stara Fužina. Po wspólnych lodach postanowiłam, że muszę zdobyć Wąwóz Mostnica (Mostnica Mostnik). Ponieważ reszta rodziny wolała odpocząć nad wodą, wsiadłam na rower, dojechałam do punktu startowego i ruszyłam na samotny trekking.

    I to była genialna decyzja!

     Przeszłam łącznie ponad 10 km trasą prowadzącą przez malowniczy wąwóz z niesamowicie wyżłobionymi skałami (poszukajcie skały wyglądającej jak „mały słoń”!), a następnie przez cudowną, zieloną Dolinę Voje.

     Celem wędrówki był wodospad Slap Mostnica (Voje) na końcu doliny.

     Krystaliczna, turkusowa woda, cisza, zapach lasu i otaczające łąki sprawiły, że był to jeden z najpiękniejszych trekkingów.

    Dzień 7: Pakowanie i droga do domu

    Ostatni dzień to czas powolnego pakowania, ale i łapania ostatnich chwil.

    Podsumowanie

    Podróżowaliśmy po wielu miejscach w Europie, ale kemping nad jeziorem Bohinj bije wszystko na głowę pod względem widoku z parceli. To idealne miejsce na aktywny, a zarazem bliski naturze rodzinny wypoczynek. SUP, rowery, górskie trekkingi, krystaliczna woda i niepowtarzalny klimat Słowenii sprawiły, że ta majówka przejdzie do naszej rodzinnej historii jako jedna z najpiękniejszych!

    Byliśmy już na Slownii 3 razy, za kazdym razem odkrywamy cos nowego i za kazdym razem mamy niedosyt:)

    Słowenio, jeszcze tu wrócimy! ❤️