Polska
-
Weekendowy wypad kamperem do Gdyni Oksywie: Ramen ze świeczkami na plaży i spacer do Rewy 🚐🍏
Czy da się połączyć klimat wiejskiego sadu owocowego z szumem morskich fal? Okazuje się, że tak, i to w samej Gdyni! W sierpniu zdecydowaliśmy się na szybki, weekendowy wypad naszym kamperem nad polskie morze. Cel – spotkać się ze znajomymi. I muszę przyznać: ten wyjazd okazał się absolutnym strzałem w dziesiątkę, a sama plaża w Gdyni zrobiła na nas super wrażenie.
Piątek: Biwak w sadzie jabłkowym i ramen na plaży
Wyruszyliśmy w piątek, a naszym celem było urokliwe Pole namiotowe „Nad Bulwarem” w Gdyni Oksywie. To niezwykłe miejsce – kemping urządzony jest w prawdziwym, zielonym sadzie jabłkowym! Parkowanie kamperem pośród drzew owocowych daje niesamowity, sielski klimat i przyjemny cień.
Gdy tylko zaparkowaliśmy i podłączyliśmy auto, pędem ruszyliśmy na spotkanie ze znajomymi, z którymi umówiliśmy się bezpośrednio na plaży. Zamówiliśmy pyszny ramen i zjedliśmy go, siedząc na piasku przy szumie fal. Jako że niedługo miałem/am urodziny, ekipa zrobiła mi przemiłą niespodziankę – przynieśli świeczki i… wbili je prosto w mój ramen! Wyglądało to komicznie, było mnóstwo śmiechu i niesamowicie ciepła atmosfera. Najlepszy urodzinowy ramen w życiu!

Sobota: Pyszna jajecznica, Mechelinki i ucieczka przed deszczem do Rewy
Sobotni poranek rozpoczęliśmy od misji „śniadanie”. Kupiliśmy chrupiące, świeże pieczywo oraz dodatki i wyprawiliśmy w naszym kamperowym obozowisku prawdziwą ucztę – domowa jajecznica przygotowana na świeżym powietrzu w sadzie smakowała po prostu przepysznie!

Najedzeni i pełni energii skontaktowaliśmy się ze znajomymi na kolejny punkt programu: wypad w okolice Rewy.
1. Mechelinki: Zaczęliśmy od Mechelinek – zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, poszliśmy na obowiązkowe lody i stamtąd uznaliśmy, że idziemy pieszo w stronę Rewy.
2. Spacer nad morzem: Wybraliśmy ścieżkę prowadzącą tuż przy plaży. Cała trasa miała około 5 km – widoki były piękne, a spacer brzegiem morza idealnie nas zrelaksował.
3. Załamanie pogody i rybka w Rewie: Końcówka trasy przyniosła nam jednak niespodziankę – pogoda nagle się zepsuła i zaczęło mocno padać! Na szczęście rzutem na taśmę dotarliśmy do restauracji w Rewie. Zależało nam, żeby będąc nad morzem zjeść tradycyjną, dobrą rybkę, więc deszcz przeczekaliśmy w idealnych warunkach.
Z Rewy wróciliśmy autobusem do Mechelinek, gdzie zostało auto znajomych. Ekipa odwiozła nas z powrotem na kamping na Oksywiu. Wieczorem nabraliśmy jeszcze drugiego oddechu i wyszliśmy na kolejny, długi spacer nad morze – tego dnia naprawdę „dowaliliśmy” konkretną liczbę kilometrów!


Niedziela: Powrót do domu
W niedzielę rano spakowaliśmy nasz kamperowy sprzęt, pożegnaliśmy urokliwy sad i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.
Ten krótki, sierpniowy mikrowypad kamperem nad polskie morze przypomniał nam, jak mało potrzeba do szczęścia: dobre towarzystwo, własny dom na kółkach pod jabłoniami, rowerowo-piesze szlaki i kolacja na plaży. Gdynia Oksywie i tamtejsza plaża okazały się przemiłym zaskoczeniem. Na pewno tam wrócimy
-
Kamper, pieski i absolutny chill, czyli nasz reset nad jeziorem Lubie
Czasami w życiu trafia się ten idealny moment na małą ucieczkę, jedna córka pojechała na obóz, druga została w domu, a my postanowiliśmy wykorzystać okazję do maksimum. Spakowaliśmy kampera, zabraliśmy nasze dwa pieski, zapakowaliśmy rowery oraz deski SUP i ruszyliśmy w stronę Pojezierza Drawskiego. Cztery godziny relaksującej jazdy, obowiązkowy przystanek po drodze w Dino na zapasy na grilla i w czwartkowy wieczór meldowaliśmy się już nad brzegiem urokliwego jeziora Lubie.
To był wyjazd w klimacie totalnego zwolnienia tempa. Dni zaczynały się od najważniejszego rytuału: porannego spaceru z pieskami na brzeg jeziora, gdzie przy wschodzącym słońcu i delikatnej mglicie nad wodą człowiek od razu czuje, że naprawdę odpoczywa. Potem szybki rozruch przy laptopie – bo opcja „office van” z widokiem na zieleń i wodę sprawia, że nawet praca idzie błyskawicznie – a zaraz po zamknięciu komputera zaczynała się najlepsza część dnia.



Odkrywanie jeziora Lubie z perspektywy wody na deskach SUP to po prostu bajka. Próbowaliśmy nawet wciągnąć w tę zabawę nasze psy, ale czworonogi dość szybko dały nam do zrozumienia, że pływanie pod prąd to nie ich bajka i zdecydowanie wolą spanko w kamperze. Zrobiliśmy więc sprawiedliwy podział obowiązków: psiaki odpoczywały w cieniu, a my łapaliśmy balans na wodzie.




Nie brakowało też akcentów rowerowych. Jednego dnia wybraliśmy się na dłuższą wycieczkę po okolicy, a naszym głównym celem stał się kultowy kemping Inter Nos. Żeby się na niego dostać, trzeba przejechać promem na wyspę, co samo w sobie było świetną przygodą! Objechaliśmy teren, obczajyliśmy okolicę i zyskaliśmy kolejny świetny punkt na mapie naszych przyszłych podróży.


Wieczory nosiły już tylko jedną nazwę: grill i relaks. Zapach jedzenia z rusztu, zachodzące słońce nad jeziorem, spakowane psy drzemiące u naszych stóp i brak jakiegokolwiek pośpiechu. Jezioro Lubie okazało się genialnym, cichym i niezwykle przyjaznym miejscem na taki mikrowyjazd. Wróciliśmy do domu z naładowanymi bateriami, lekko zmęczeni od rowerów i pływania, ale przede wszystkim z głowami pełnymi spokoju.
-
Tygodniowy wypad na południe Polski
Siedem dni, ponad tysiąc kilometrów, pięć różnych przystanków i absolutne zero dziecięcego marudzenia z tylnego siedzenia. Nasz tygodniowy wypad na południe Polski miał jedno główne zadanie: reset, koncertowy żywioł i odrobinę górskiej satysfakcji.
Wyjechaliśmy w niedzielę, stawiając na miękkie lądowanie. Pierwszy przystanek to Gorący Potok w Szaflarach – idealne miejsce, żeby zrzucić z siebie codzienny stres i trochę się zrelaksować w gorących źródłach. Noc spędziliśmy na tamtejszym kempingu, doładowując baterie przed górskim wyzwaniem.



Poniedziałek powitał nas słońcem i pierwszym konkretnym celem z listy: zdobyciem Lubomira, należącego do Korony Gór Polski. Auto zostawiliśmy na parkingu i ruszyliśmy w górę. Szlak okazał się wyjątkowo przyjemny, pełen tablic z ciekawostkami astronomicznymi (w końcu na szczycie stoi słynne obserwatorium!). Pieczątka trafiła do książeczki, a my ruszyliśmy prosto w stronę Krakowa.

W stolicy Małopolski zameldowaliśmy się na kempingu, który stał się naszą bazą na kolejne dwie noce. Poniedziałkowy wieczór przeznaczyliśmy na klasykę: powolny spacer po Rynku, obiad z widokiem na Sukiennice i obowiązkową wizytę na Kazimierzu. Wybór na kolację mógł być tylko jeden – kultowe zapiekanki z Okrąglaka na Placu Nowym (Bar Endzior jak zwykle trzyma poziom!).




Wtorek to był dzień, na który czekaliśmy najbardziej. Pojechaliśmy tramwajem do TAURON Areny na potężny zestaw lost gereration. Najbardziej wyczekiwalismy Papa Roach oraz The Offspring. Koncert wyszedł surowo, energicznie, a atmosfera na płycie była po prostu genialna. Prawdziwa przygoda zaczęła się jednak po imprezie. Złapanie Ubera graniczyło z cudem, więc postawiliśmy na miejskie hulajnogi. Nawigacja uznała, że ma poczucie humoru i poprowadziła nas na skróty przez wyboiste, ciemne ścieżki – nocna jazda bez trzymanki, ale wspomnienia nie do podrobienia!


Środa stała pod znakiem zmiany rejonu i kolejnego górskiego akcentu. Naszym celem stała się Wielka Sowa w Górach Sowich. Po sprawnym podejściu, podziwianiu widoków ze szczytu i zbiciu kolejnej pieczątki do KGP, mieliśmy w planach nocleg na dziko. Miejsce, które wybraliśmy, jakoś nam jednak nie podeszło. Szybka decyzja: przenosimy się na kemping, na którym kiedyś już byliśmy. Na stronie wyglądał na mocno rozwinięty i na miejscu potwierdziliśmy to w 100%. Spędziliśmy tam dwie fantastyczne noce. Był totalny chillout, podziwianie malowniczych zachodów słońca, niespieszne spacery ścieżkami pośród pól zbóż i czerwonych maków, a na dobicie regeneracji – gorąca sauna.


W piątek rano ruszoną trasą obraliśmy kierunek na Leszno i tamtejsze pokazy Antidotum Airshow. Zająwszy świetne miejsce na kempingu tuż przy samym lotnisku, rozłożyliśmy się z zamiarem totalnego lenistwa – bilety na teren imprezy mieliśmy dopiero na sobotę. Żar lał się z nieba, więc nasza przenośna kostkarka do lodu pracowała na maksymalnych obrotach, schładzając drinki. Około 18:00 niebo się jednak załamało. Najpierw runął deszcz, chwilę później nadciągnęła potężna burza i w sieci pojawiły się oficjalne komunikaty o odwołaniu piątkowych pokazów nocnych.
Naczęstowani pogodowym rozczarowaniem, czekaliśmy na sobotę – i opłaciło się z nawiązką! Sobotnie pokazy lotnicze wynagrodziły nam piątkowy deszcz z nawiązką. Akrobacje, światła, pirotechnika na niebie i ryk silników zrobiły potężne wrażenie.


W niedzielę, po leniwym śniadaniu na kempingu, spakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wracaliśmy super zadowoleni, naładowani pozytywną energią i… nie ukrywamy, mocno stęsknieni za dziećmi. To był idealny, intensywny i różnorodny tydzień!
-
Śnieżka
Pod koniec stycznia spędziliśmy trzy dni w Karpaczu. To był krótki, intensywny wyjazd w zimowe Karkonosze.
🛌Nasza Baza Wypadowa: Kamper Park Panorama Karpacz
Idealnym miejscem na górski wypad okazał się Kamper Park Panorama przy ul. Myśliwskiej 15 w Karpaczu.
Kamper Park Panorama to cichy, położony na stoku camping, który w pełni zasługuje na swoją nazwę. Z Kamper Parku rozpościera się spektakularny widok na Śnieżkę i panoramę Karkonoszy. Jest to idealne miejsce dla kamperów, przyczep i namiotów. Lokalizacja jest świetna, oferując jednocześnie spokój i bliskość atrakcji – zaledwie 15 minut pieszo do centrum miasta, 20 minut do kolei linowej na Kopę i 30 minut do Świątyni Wang.
Park zapewnia pełną infrastrukturę: stanowiska (parcele) z dostępem do prądu, a także sanitariaty (prysznice, toalety) i serwis kamperowy.
Przykładowy cennik (ceny mogą ulec zmianie, sprawdź na stronie Parku):
Usługa Cena (za dobę) Parcela (Strefa A – Panorama, kampery) 80 PLN Osoba dorosła / młodzież (od 14 lat) 20 PLN Dziecko (8-13 lat) 15 PLN Zużycie energii (wg licznika) 2,50 PLN/kWh Opłata klimatyczna 3,20 PLN/osoba 🏞️Trasa
🎞️Film
-
Szczyrk
W drugi dzień świąt wyruszyliśmy do Szczyrku w poszukiwaniu zimowego klimatu:) i tak się akurat złożyło, że 26 grudnia w Szczyrku pierszy raz spadł śnieg.
