Kamper, pieski i absolutny chill, czyli nasz reset nad jeziorem Lubie

Czasami w życiu trafia się ten idealny moment na małą ucieczkę, jedna córka pojechała na obóz, druga została w domu, a my postanowiliśmy wykorzystać okazję do maksimum. Spakowaliśmy kampera, zabraliśmy nasze dwa pieski, zapakowaliśmy rowery oraz deski SUP i ruszyliśmy w stronę Pojezierza Drawskiego. Cztery godziny relaksującej jazdy, obowiązkowy przystanek po drodze w Dino na zapasy na grilla i w czwartkowy wieczór meldowaliśmy się już nad brzegiem urokliwego jeziora Lubie.

To był wyjazd w klimacie totalnego zwolnienia tempa. Dni zaczynały się od najważniejszego rytuału: porannego spaceru z pieskami na brzeg jeziora, gdzie przy wschodzącym słońcu i delikatnej mglicie nad wodą człowiek od razu czuje, że naprawdę odpoczywa. Potem szybki rozruch przy laptopie – bo opcja „office van” z widokiem na zieleń i wodę sprawia, że nawet praca idzie błyskawicznie – a zaraz po zamknięciu komputera zaczynała się najlepsza część dnia.

Odkrywanie jeziora Lubie z perspektywy wody na deskach SUP to po prostu bajka. Próbowaliśmy nawet wciągnąć w tę zabawę nasze psy, ale czworonogi dość szybko dały nam do zrozumienia, że pływanie pod prąd to nie ich bajka i zdecydowanie wolą spanko w kamperze. Zrobiliśmy więc sprawiedliwy podział obowiązków: psiaki odpoczywały w cieniu, a my łapaliśmy balans na wodzie.

Nie brakowało też akcentów rowerowych. Jednego dnia wybraliśmy się na dłuższą wycieczkę po okolicy, a naszym głównym celem stał się kultowy kemping Inter Nos. Żeby się na niego dostać, trzeba przejechać promem na wyspę, co samo w sobie było świetną przygodą! Objechaliśmy teren, obczajyliśmy okolicę i zyskaliśmy kolejny świetny punkt na mapie naszych przyszłych podróży.

@livefully_pl

Norwegia? Nie, to okolice Gudowa! 🇳🇴❌🇵🇱 Kiedy myślałam, że takie klimatyczne przeprawy promowe są tylko w Skandynawii, trafiamy na coś takiego!😱 Czy wiedzieliście, że żeby dostać się na camping, trzeba wjechać autem na prom? #camping #pojezierzedrawskie

♬ Pearls in Her Hair – Omega

Wieczory nosiły już tylko jedną nazwę: grill i relaks. Zapach jedzenia z rusztu, zachodzące słońce nad jeziorem, spakowane psy drzemiące u naszych stóp i brak jakiegokolwiek pośpiechu. Jezioro Lubie okazało się genialnym, cichym i niezwykle przyjaznym miejscem na taki mikrowyjazd. Wróciliśmy do domu z naładowanymi bateriami, lekko zmęczeni od rowerów i pływania, ale przede wszystkim z głowami pełnymi spokoju.