Polowanie… na zdjęcia. Lisy, renifery i ptaki, które naprawdę atakują…
Pobudka o 7:00, śniadanie i o 8:00 pod hotel podjechał nasz przewodnik. Dziś zamiast wspinaczki czekało nas coś w rodzaju safari, tylko bez samochodu terenowego i bez lwów. Cel na dziś: dzika natura.
Arktyczny lis to jeden z zaledwie kilku ssaków lądowych, jakie w ogóle żyją na Svalbardzie, o czym się dowiedzieliśmy, w sierpniu wcale nie jest biały! Ten piękny, śnieżnobiały futer to strój zimowy, latem lisy przebierają się w brązowo-szarą „letnią sukienkę”, lepiej wtapiającą się w skały i tundrę. Na Svalbardzie nie ma lemingów (podstawowego pożywienia lisów na kontynencie), więc tutejsze lisy żyją głównie z ptaków, jaj i… padliny reniferów. To ostatnie okazało się kluczowe dla reszty poranka.


Po drodze do pierwszego „poligonu” mijaliśmy fragmenty wybrzeża i widoki na lodowiec w oddali – trudno się nie zatrzymywać co chwilę na zdjęcia, nawet zanim dotarliśmy do właściwego celu wycieczki.



Gdy tylko namierzyliśmy pierwszego lisa, ruszyliśmy w jego ślady, podążał w stronę drogi, najwyraźniej mając na oku stado gęsi (albo coś równie smacznego). Po drodze, co wcale nas nie zdziwiło po tym, czego się właśnie dowiedzieliśmy o diecie lisów, natrafiliśmy na szczątki martwego renifera, kości porozrzucane po tundrze to tutaj zupełnie normalny, stały element krajobrazu, nie coś niepokojącego. Taki jest po prostu obieg życia na Arktyce.
Kilka(naście) zdjęć później mieliśmy upolowanego lisa, a przynajmniej w naszych aparatach, bo żywy i cały pobiegł dalej swoimi sprawami.




Stamtąd ruszyliśmy szukać reniferów i długo nie musieliśmy czekać, bo już po chwili pojawił się przed nami piękny samiec. Reniferowi svalbardzkiemu daleko do swoich kuzynów z kontynentu – to najmniejszy podgatunek renifera na świecie, z charakterystycznie krótkimi nogami. Nie bez powodu: skoro nie muszą migrować na duże odległości (całe życie spędzają w tym samym miejscu), ewolucja „uznała”, że długie nogi to zbędny wydatek energetyczny – lepiej inwestować w gruby zapas tłuszczu na zimę. Pokręciliśmy się przy nim chwilę, robiąc zdjęcia z bezpiecznej odległości.






Ostatnim punktem programu były ptaki, a konkretniej te gatunki, przed którymi nawet miejscowi ostrzegają. Rybitwy popielate (i ich równie wojownicze kuzynki, wydrzyki) potrafią aktywnie atakować ludzi, którzy zbliżą się za bardzo do gniazda, nurkują, dziobią w głowę. Przy okazji: to właśnie rybitwa popielata ma na koncie rekord najdłuższej migracji ze wszystkich zwierząt na Ziemi, lata z bieguna na biegun, nawet do 90 000 km rocznie!

W poszukiwaniu ptaków pojechaliśmy na drugą stronę miasta, mijając po drodze ten słynny, instagramowy znak z niedźwiedziem polarnym na tle jeziora.

Resztę popołudnia spędziliśmy praktycznie, poszliśmy uzupełnić wodę w Svalbardbutikken. Przy wejściu wisiała kolejna typowa dla Svalbardu tabliczka, tym razem z przekreśloną bronią. Bo skoro prawie każdy poza miastem nosi karabin, to ktoś musiał w końcu napisać wprost: broń zostaje na zewnątrz, do sklepu wchodzimy bez niej.
A w środku kolejna ciekawostka: wodę nalewają tam za darmo, wystarczy przynieść własny pojemnik (nawet 5 litrów!). I to w tym samym miasteczku, gdzie produkuje się jedną z najdroższych wód na świecie, taką z topionych gór lodowych, po kilkaset złotych za butelkę. Niezły kontrast.